Zbyszek Kolega Z Wojska Soup Dietetyczny

How to Lose 15-20 Pounds by Eating Soup

Rating: 2 / 5 ( 211873)

Weight Loss Soups

Zbyszek Kolega Z Wojska Soup Dietetyczny Fat Burning Soup Diet Before And After Photos

fragmenty wyjęte z pamięci

Tuesday, August 22, 2006

Wspomnienia dedykuję dr. Zbyszkowi Rymaszewskiemu i dr. Tadziowi Feltynowskiemu - znakomitym moim kolegom i wspaniałym lekarzom - aby czytając te słowa na lepszym ze światów, powiedzieli:

NON OMNIS MORIAR!

Pewnego poranka postanowiłam naszkicować sylwetki kolegów z którymi pracowałam przez wiele lat lub współpracuję nadal, z intencją ocalenia od zapomnienia. Sięgając w bibliotekach po stare publikacje medyczne zawsze cieszę się, że stoją na półkach bibliotecznych. Dzięki nim mogę odtworzyć to z życia innych ludzi, co minęło bezpowrotnie.

Współczesne czasy, wprawdzie bez cenzury, charakteryzuje osobliwa selekcja. Bibliografia medyczna bardziej dokumentuje historię układów biznesowych, niż cokolwiek innego. Poza biznesem jest jeszcze w życiu każdego z nas miejsce na koleżeństwo, przyjaźń, wdzięczność, serdeczną pamięć.

I właśnie o tym kto był mi kolegą, przyjacielem, komu jestem wdzięczna, kto pozostaje w mojej serdecznej pamięci lub ma podobny system wartości są te wspomnienia – pierwotnym zamiarem było opublikowanie ich w wersji papierowej, jednak w dobie potęgi blogów zdecydowałam się na publikacje elektroniczną. Układ wspomnień jest nie chronologiczny. Jest fragmentaryczny, wybiórczy. Tak właśnie ma być. Korzystam z tego prawa do wybiorczości w sposób w pełni świadomy. Czytelnicy mogą przekazywać swe wrażenia i opinie w każdej formie. Wyrazy zachwytu są przez autorkę mile widziane , ale nie obowiązkowe.

Pierwszą osobą z kliniki, którą poznałam była pani Józefina Kownacka. W roku 1967 miałam zdawać egzamin z chorób wewnętrznych. W latach sześćdziesiątych przydział klinik internistycznych oraz chirurgicznych, w których poszczególne grupy dziekańskie zdawały egzaminy końcowe odbywał się drogą losowania. Czynność tą wykonywali starostowie grup. Nasza starościna miała lekką rękę: wylosowała nam klinikę internistyczną w której zdobywałam szlify oraz klinikę chirurgiczną kierowana przez prof. Zdzisława Łapińskiego. Zestaw ten uważany było powszechnie za najlepszy. Bardzo byliśmy wdzięczni naszej starościnie za takie miejsca do zdawania egzaminów. Zabrałam się z zapałem do nauki. Było to zajęcie dość łatwe bowiem od 1965 roku był dostępny podręcznik do interny „Choroby wewnętrzne” w dwu tomach pod redakcją prof. Edwarda Szczeklika - był on naszym podstawowym źródłem wiedzy egzaminacyjnej. Na wykłady nie chodziliśmy zbyt pilnie. Po czterdziestu latach można wyznać prawdę: wykładowcy byli nieprawdopodobnie nudni. Interna też nie wydawała mi się ciekawa.

Z lat sześćdziesiątych największą estymą wśród studentów cieszył się prof. Witold Sylwanowicz, który na wykład wkraczał z liczną świtą asystencką. Wszyscy mieli czyściutkie, wykrochmalone, szeleszczące, białe fartuchy oraz czepki na głowach. Ten zwyczaj czepkowania zanikł wraz z upływem czasu, ale do dziś utrzymuje się chyba w Rosji.

Prof. Janusz Groniowski robił na nas również spore wrażenie. Pod koniec roku akademickiego zachorował i przysłał do naszego kursu list, który kończył się słowami „wasz Groniowski”. Byliśmy zachwyceni! To był pierwszy profesor, który oświadczył publicznie, że jest nasz!

Oczywiście niebywałą frekwencją cieszyły się wykłady prof. Stefanii Jabłońskiej. Pani Profesor zawsze elegancka, z fryzurą prosto od fryzjera, w szykownym kostiumiku i szpileczkach prezentowała nam interesujące przypadki kliniczne. Przypadki wkraczały gołe, jedynie na głowach miały kaptury z białego płótna a la ku-kux-klan z otworami na oczy i usta. Pani Profesor wskazywała na objaw pierwotny, zlokalizowany w miejscu typowym i zachwycała się jego urodą. Aby wzmocnić efekt niekiedy dodawała opis mikroskopowy:” Proszę państwa, krętek blady pod mikroskopem ma królewskie ruchy!” Musieliśmy dawać wiarę słowom pani Profesor. Nie widzieliśmy nigdy w skali mikro żadnego krętka, a w skali makro żadnego króla.

Chętnie chodziłam na wykłady prof. Ireny Haussmanowej z neurologii. Niesamowite wrażenie zrobił na mnie wykład podczas którego opis aury padaczkowej został zilustrowany fragmentem prozy Dostojewskiego.

Do egzaminu z interny uczyłam się prawdopodobnie około 3 tygodni. Tak wnioskuję na podstawie wpisów do indeksu. Ginekologię i położnictwo zdawałam 21 maja, a internę 23 czerwca 1967 roku.

Na egzamin należało się zapisać z odpowiednim wyprzedzeniem. Pani Józefina na studenckiej giełdzie uchodziła za osobę dość surowych obyczajów, ale mnie przyjęła sympatycznie. Na koniec rozmowy zapytała czy jestem córką dziekana. Był nim wówczas profesor Zdzisław Łapiński. Tożsamość brzmienia mojego panieńskiego nazwiska była w owych latach powodem częstych pytań. W klinice chirurgicznej wręcz nie dano wiary, że nie pozostaję z dziekanem w żadnych koligacjach rodzinnych. Jestem jedyną osobą z mojej rodziny, która wpadła na pomysł bycia lekarzem. Pewnie jest to dowód na istnienie polimorfizmu genu „zostanę / nie zostanę lekarzem”.

Studiowałam pilnie podręcznik do nauki interny, nie wszystko z niego rozumiejąc. Na pierwszej stronie mam odręczny zapis o mechanizmie działania sulfonamidów. Są w tej notatce różne mądre stwierdzenia, między innymi, że leki te „hamują oddychanie bakterii”. Nie wiem czy są nadal tak okrutne wobec bakterii i czy dzisiejsza nauka to podtrzymuje. Ktoś najwyraźniej musiał tłumaczyć mi mechanizm działania sulfonamidów. Może Najlepsza Studenta Medycyny Lat Sześćdziesiątych (NSMLS), która wiedziała wszystko na każdym egzaminie. Jedna z koleżanek zdająca z nią egzamin wstępny była przez długie lata oszołomiona bezmiarem wiedzy NSMLS. Ona wiedziała nawet jak rozmnażają się dżdżownice! Większość z nas miała wtedy mgliste pojęcie o praktyce rozmnażania się człowieka, a co dopiero o dżdżownicach.

Drugą odręcznie zrobionym uzupełnieniem jest rysunek sylwetki serca w rentgenie. Musiałam mieć kłopoty z zapamiętaniem jakie struktury tworzą sylwetkę serca.

Przewracając kartki studenckiego podręcznika do interny zwracam uwagę na zupełnie inne fragmenty niż przed blisko czterdziestu laty. Było to pierwsze wydanie w nakładzie 20 tysięcy egzemplarzy. Dziś w świecie o skali „makro” ocenilibyśmy, że niezbyt dużym nakładzie. Pożółkły papier miał gramaturę 70g, czyli nie było to wydanie luksusowe. Książkę do składania oddano w styczniu i druk ukończono we wrześniu 1965 roku. Chyba było to dobre tempo jak na owe czasy. Dwutomowe dzieło kosztowało 140 zł, był to spory wydatek w moim studenckim budżecie.

Redaktorami prowadzącymi z PZWL - u były dr B. Andrzejewska i mgr E. Kozłowska. Znałam dobrze dr Barbarę Andrzejewską, była bowiem serdeczną przyjaciółką mojej śp. Matki, również redaktorki PZWL. Miałam okazję być kilka razy w domu państwa Andrzejewskich, bardzo stylowym i wytwornym. Oszałamiająco działał na moją wyobraźnie fakt, że w domu tym gosposia zajmowała się sprawami przyziemnymi, a do edukacji i kształtowania dobrych manier dwójki dzieci była zatrudniona pani Helena, pracując przed wojną w podobnym charakterze w arystokratycznych rodach.

Kiedyś nie czytywałam przedmów w książkach. Dziś lubię to robić. Lubię czytać cudze przedmowy, a jeszcze więcej radości sprawia mi pisanie przedmowy do własnych książek. To bardzo uroczysta i wzruszająca chwila w życiu autora, gdy pisze on przedmowę. Namysł i uczucia sięgają wtedy zenitu.

Podoba mi się na przykład taki fragment przedmowy z mojej studenckiej książki do interny:

„Daleko idące rozczłonkowanie nauki o chorobach wewnętrznych doprowadziło do powstania dyscyplin specjalistycznych, takich jak: kardiologia, hematologia , nefrologia i inne. Są to jednak gałęzie wspólnego pnia medycyny wewnętrznej, które mimo silnego nieraz kierunku odśrodkowego, nie straciły swej więzi z macierzą. Nie można bowiem zapominać, że obejmują one tylko poszczególne części nauki o chorobach wewnętrznych i że rozwiązywanie zagadnień z zakresu chorób różnych narządów może nastąpić tylko w oparciu o fizjologię i patofizjologię całego ustroju.

Co jeszcze mogłam przeczytać w moim studencki podręczniku? Najbardziej ciekawiej oczywiście jest zerknąć na strony poświęcone nadciśnieniu tętniczemu. Jest ich zaledwie dwadzieścia jeden. Autor Leon Tochowicz pisze: „ Stan podwyższonego ciśnienia krwi jest objawem przewodnim w chorobie nadciśnieniowej i dlatego przede wszystkim na zachowaniu się jego poziomu opieramy samo rozpoznanie. Ocena jednak, jakie są granice prawidłowego ciśnienia w poszczególnych grupach wieku i płci, jest nadal kwestią dyskusyjną” .

Dziś wiadomo, że dyskusja trwa nadal.

Czego jeszcze mogłam dowiedzieć się czytając studencki podręcznik? Okazuje się, że wielu całkiem mądrych i aktualnych danych. Oczywiście fragmenty poświęcone leczeniu farmakologicznemu są historyczne bardziej niż te w których autor snuje rozważania kliniczne.

„Długotrwały proces dynamiki choroby nadciśnieniowej, obciążając z biegiem lat coraz bardziej układ sercowo-naczyniowy, kształtuje różny obraz kliniczny. Szybkość i stopień rozwoju tego zespołu obrazu klinicznego będą zależne od właściwości osobniczej układu nerwowego i hormonalnego oraz natężenia i czasu działania szkodliwych bodźców”.

Dziś powiedzielibyśmy tak samo. Były to czasy, gdy nadciśnienie tętnicze dla wielu pacjentów było chorobą śmiertelną. Leon Tochowicz pisze: „U nas spośród zmarłych chorych w klinice 15% umiera na chorobę nadciśnieniową, u których rozpoznanie kliniczne zostało potwierdzone badaniem anatomopatologicznym”. Można podejrzewać, że owo potwierdzenie anatomopatologiczne to powikłania narządowe nadciśnienia tętniczego. Obraz kliniczny nadciśnienia tętniczego tak jest opisany przez Leona Tochowicza:” Okres pierwszy dotyczy najczęściej ludzi przed 40 rokiem życia, przeważnie silnej budowy, z nadwagą i wzmożoną pobudliwością nerwową. W wywiadzie u tych chorych powtarzają się skargi uzależnione nie od nadciśnienia, a raczej łączące się z nadmierną pobudliwością nerwową. Wśród tych skarg chorzy wymieniają: ogólny niepokój, kołatanie serca, trudności w skupieniu myśli, okresową lub stałą bezsenność, potliwość, niekiedy bóle serca, częściej po zdenerwowaniu niż po wysiłku fizycznym”.

Dziś ludzi skarżą się na to samo. Diagnostyka stała w tych latach prawdopodobnie na przyzwoitym poziomie, bowiem czytamy o możliwości oznaczania kwasu wanilinomigdałowego, metoksyadrenaliny i metoksynoradrenaliny, a także aortografii tętnic nerkowych i radiografii izotopowej. Opis metod leczenia nadciśnienia tętniczego ma charakter romantyczny: „ pierwsze fazy choroby spotyka się najczęściej u ludzi młodych i dlatego ze względów zapobiegawczych należy zwracać pilną uwagę na odpowiednie usadowienie chorego w jego pracy zawodowej (. ). W zasadzie chorzy nie powinni być dopuszczeni do pracy w środowisku, gdzie panuje pośpiech, hałas, huk, ciągłe wstrząsy albo gdzie zachodzą duże różnice temperatur i gdzie powietrze jest zanieczyszczone spalinami".

Ówczesna farmakoterapia oferowała pochodne Rauwolfia serpentina, guanitydynę, bretylium, metyldopę, hydrochlorotiazyd.

Po trzech tygodniach intensywnych lektur zgłosiłam się na egzamin, który składał się z części praktycznej i teoretycznej. Asystentką egzaminacyjną była wówczas Ewa Bar-Andziak. Zdawały tego dnia cztery osoby. Ja wraz z koleżanką trafiłyśmy do Marka Sznajdermana. Egzaminator prezentował piękną opaleniznę, szpakowate, krótko przystrzyżone włosy oraz udzielający się zdającym spokój. Byłam zadowolona z przebiegu egzaminu i końcowy wynik był w moim przypadku bardzo dobry. Egzamin zdawałyśmy w bibliotece klinicznej. Pamiętam, że egzaminator siedział u szczytu stołu znajdującego się po lewej stronie pomieszczenia, my zaś pod ścianą. Było to potem często zajmowane przeze mnie miejsce na posiedzeniach klinicznych.

Interna była ostatnim egzaminem w sesji po piątym roku. Od października zaczęłam zdawanie tzw. egzaminów dyplomowych, które wypełniały program szóstego roku. Były to egzaminy z dyscyplin klinicznych. Na szóstym roku dla części z nas nie było już wykładów ani ćwiczeń. Byliśmy ostatnim rokiem, który miał taki tryb studiów. Wiele starań w możliwość wcześniejszego zakończenia studiów włożył nasz starosta roku, późniejszy senator. Już w studenckich latach wyróżniał się talentem organizacyjnym i elegancją ubioru. Zimą zawsze chodził w lodenowym ciemnoszarym płaszczu, nigdy nie nosił czapki ani kapelusza. Książki miał zawsze w skórzanej, ciemnej teczce . Żadnych plecaków, toreb, luzactwa. Pewnie należało w tym stylu widzieć pierwsze oznaki kwalifikacji na przyszłą osobę publiczną.

Ostatni egzamin z psychiatrii zdałam 29 lutego 1968 roku i kompletnie wyczerpana wyjechałam na dwa tygodnie do Krynicy, zatrzymując się u znajomych, którzy mieli ładny domek wynajmowany dla wczasowiczów. Trochę zasapana jeździłam na krynickim lodowisku na łyżwach, a wieczorem oglądałam telewizję. Z Warszawy nadciągały wiadomości o studenckich protestach. Kompletnie nie rozumiałam o co w tym wszystkim chodziło. Wiedziałam, że skończyłam studia i muszę zacząć pracę. Resztę świata uznałam za mniej ważną i nie moją. Była to młodzieńcza, ale trafna decyzja.

Pewnego wieczoru pogoda zmieniła się niespodziewanie. Wiał silny wiatr, jeszcze w owych latach nie przeszkadzający w uśnięciu. W nocy poczułam, że spadają na mnie tysiące tajemniczych drobin. W pierwszej chwili pomyślałam, że to inwazja dziwnych insektów. Zdenerwowana zapaliłam światło. Okazało się, że jestem pokryta trocinami, które były użyte do izolacji dachu, a podczas silnego wiatru wysypały się przez szpary pomiędzy deskami, z których zbudowany był sufit. Wypoczęta powróciłam do Warszawy i rozpoczęłam starania o staż podyplomowy. Pamiętając o obietnicy publicznie złożonej przez dziekana podczas konkursu na najlepszego studenta, którego byłam laureatką, postanowiłam złożyć podanie do Akademii Medycznej. Dzięki PZWL - owskim koneksjom mojej Matki udało mi się uzyskać podpis popierający na podaniu o staż od prof. Stefanii Jabłońskiej. Na wizytę założyłam stalowoniebieski kostiumik i białą bluzkę. Wyglądałam prawdopodobnie jak dzisiejsze „profesjonalistki” i byłam równie jak one przejęta swoją rolą.

Pani Profesor weszła do sali w której oczekiwałam na przyjęcie i nie tracąc czasu na zbędne słowa zaordynowała już w progu:

-Proszę się rozebrać!

-Ale Pani Profesor. ja.

-Drogie dziecko, proszę się rozebrać i powiedzieć dokładnie co pani dolega!

-Ale ja jestem od pana redaktora Z. w sprawie poparcie na podaniu o staż podyplomowy.

Ah!, przepraszam panią droga koleżanko! – zawołała profesor Stefania Jabłońska i złożyła wielki podpis z adnotacją „popieram” na moim podaniu. Wyszłam dumna, że udało mi się uzyskać podpis bez konieczności prezentowania domniemanych dolegliwości dermatologicznych.

Po niedługim oczekiwaniu otrzymałam staż w Akademii Medycznej. Mogłam wybierać spośród klinik wewnętrznych. Zdecydowałam się na klinikę w której nie miałam ćwiczeń, nie wykazałam się niekompetencją, no i zdałam egzamin dyplomowy piątkę.

Procedury stażowe przebiegały sprawnie bowiem do pracy zgłosiłam się 24 kwietnia 1968 roku. Zaczęłam od pani Józefiny, ta jednak poinformowała mnie, że muszę udać się do sekretariatu na pierwszym piętrze załatwiającego takie sprawy, gdzie urzędowała pani Cecylia Szolowa. Wyrecytowałam formułkę o skierowaniu na staż i wręczyłam skierowanie z Akademii Medycznej. Dowiedziałam się, że mam zejść do pokoju asystentów i poczekać na dr Teresę Wąsowską. Zapytałam jak wygląda pani adiunkt, bowiem nie mając w klinice ćwiczeń praktycznie poza poznaną podczas egzaminu Ewą Bar-Andziak nie znałam nikogo.

-Przystojna brunetka - padła odpowiedź.

W późniejszych latach spostrzegłam, że pani Cecylia miała pogodną naturę i dużą odporność na otaczające ją szczegóły najbliższego otoczenia. Gdy wchodziliśmy do archiwum zwykle pytała: „Czego chcesz córeńko?”

Posłusznie pomaszerowałam do pokoju lekarskiego, przycupnęłam na krześle i oczekiwałam na przystojną brunetkę. Wchodziły różne panie, czas ciągnął się niemiłosiernie długo, nie mogłam doczekać się przystojnej brunetki. Dla zabicia czasu zaczęłam przysłuchiwać się prowadzonym w pokoju lekarskim rozmowom. Byłam prawie bliska wstrząsu psychicznego. Koledzy rozmawiali na najróżniejsze tematy, ale nie było wśród poruszanych zagadnień medycyny.

Byłam przekonana, że w pracy dozwolone są rozmowy tylko na temat chorych i medycyny. Rozmowy o dzieciach, pogodzie, braku pieniędzy jawiły mi się jako karygodne naruszenie obowiązków pracowniczych. Nie mogłam otrząsnąć się z wrażenia, że jest inaczej niż to sobie wyobrażałam.

Około dziewiątej nadeszła Teresa Wąsowska.

-Pani zdaje się czeka na mnie?- rzuciła w moją stronę.

-Tak pani adiunkt –wyrecytowałam.

Teresa próbowała mnie przedstawić zwierzchności, która była zajęta sprawami wyższej rangi i do prezentacji nie doszło. Być może nastrój pierwszych chwil symbolizuje to co czeka nas potem, bowiem zwierzchność przez dalsze lata również nadmiernie nie zaprzątała sobie głowy moją osobą.

-Chodźmy więc na obchód. Będzie pani notowała zlecenia.

W zespole Teresy pracowałam chyba dwa lub trzy lata. Praca na oddziale była podzielona pomiędzy cztery zespoły, do których dołączani byli stażyści, wolontariusze oraz osoby robiące specjalizację.

Po pół roku pracy zaproponowano mi zdawanie kolokwium dopuszczającego do dyżurowania. Pierwszy dyżur zdecydowałam się odbyć w dniu 1 listopada 1968 roku, gorąco wierząc, że uwaga świata będzie skierowana bardziej ku tym którzy odeszli, niż tym którzy zostali i dzięki temu dotrwam do rano. Moim szefem dyżuru był dr Leon Stach, spokojny i kompetentny starszy kolega. Lubiła z nim pracować i w późniejszych miesiącach wielokrotnie prosiłam o wspólne dyżury. Dla młodych było ważne kto był szefem dyżuru. Nie wszystkie nazwiska na młodzieżowej giełdzie cieszyły się jednakowym uznaniem.

Młodzież kliniczna przesiadywała w pokoju asystentów wpisując obserwacje do historii chorób lub sklejała szeregowo morfologię do morfologii, mocz do moczu, biochemię do biochemii. Chodziliśmy też na herbatkę do pokoju nr 16 na parterze, gdzie w godzinach wczesnych popołudniowych pani Marynia wydawała szpitalne obiady. Najgorsza była ogórkowa z ryżem. Największą zaletą obiadów była chyba cena, ale nie jestem w stanie przypomnieć sobie ile płaciło się. Wydaje mi się, że nie byłam wierną klientką pani Maryni.

Moja pensja wynosiła 1550 zł. Za pierwsza otrzymana pensję kupiłam gramofon „Bambino” w towarzystwie którego spędziłam wiele miłych chwil. Za dyżur otrzymywaliśmy 140 zł. Pieniądze gdzieś się nam rozłaziły. W tych odległych latach tylko październik był miesiącem oszczędzania. Nie wiedzieliśmy, że warto oszczędzać w innych miesiącach roku.

Gdy mieliśmy dyżur biegaliśmy do sklepiku na terenie szpitala aby dokupić coś słodkiego do jedzenia. Zakupy sięgały 30 zł i zorientowawszy się, że pomniejszają one znacząco moje zarobki zrezygnowałam z nich. Postanowiłam jadać czekoladki otrzymywane od pacjentów. Pewnego spokojnego, niedzielnego dyżuru ułożyłam się na kanapie w pokoju lekarskim i czytając gazety pogryzałam czekoladki wypełnione likierem wiśniowym. Czas mijał szybko. Błogość ogarniała coraz większe obszary mojego umysłu i ciała. Około trzeciej po południu zaczęli pojawiać się pierwsi odwiedzający pacjentów. Trzeba było podnieść się z kanapy i odpowiadać na pytania wchodzących. Zupełnie niespodziewanie okazało się, że utrzymanie pionu po zjedzeniu połowy czekoladek z likierem było nie lada problemem. Podtrzymując się poręczy krzesła udzielałam krótkich odpowiedzi. Postanowiłam już nigdy nie jadać faszerowanych likierem czekoladek na dyżurze. Dziś ciągle postanawiam nie jadać żadnych czekoladek. Gdy moja waga przekracza 64 kilogramy składam wewnętrzną deklarację, że zostanę anonimowym czekoladoholikiem. Nie zawsze jednak jestem kobietą sukcesu. O roli czekolady w życiu każdego lekarza, a dokładniej lekarki, można by napisać grubą książkę. Na początku mojej pracy otrzymywałam pojedyncze bombonierki pod koniec tygodnia gdy było więcej wypisów. Na tym etapie pracy nie był to jeszcze poważny wątek dietetyczny. Problem zrobił się całkiem sporym kłopotem gdy na półkach sklepowych pojawiło się dużo najróżniejszych czekoladek. Nie uchylający się od przyjmowania pacjentów lekarz ambulatoryjny stawał się pod koniec każdego dnia pracy posiadaczem kilku bombonierek. Jeśli pomnożymy powiedzmy 4 bombonierki otrzymane każdego dnia (lub torciki czekoladowe, czy nawet zwykłe czekolady) to suma tysiąca bombonierek które trzeba było zjeść / rozdać /wyrzucić / odsprzedać / – słowem coś z nimi zrobić była sporym utrapieniem. Nie było problemu z wręczanymi alkoholami nabywanymi na pobliskim bazarze. Lądowały w zlewie. Kłopot sprawiała butelka. Nie można było przecież kilka razy w miesiącu zostawiać w koszu pustej butelki. Pomówienie o aktywny alkoholizm byłoby gwarantowane, a dalej media, wątpliwa sława i podobne przygody. Zabierałam więc puste butelki i deponowałam w przydomowym śmietniku.

W jednym przypadku musiałam depozyt złożyć w koszu na śmieci na przystanku tramwajowym, bowiem wykluczał wejście do tramwaju.

Pewnego ponurego dnia kłębił się dziki tłum pod moim gabinetem. Liczba przyjętych pacjentów sięgała chyba trzydziestu. Pod koniec przyjęć weszła zabiedzona kobieta i z niezrozumiałych powodów zrobiła kilka szybkich kroków w kierunku okna. Zaambarasowana nadmiarem konsultacji nie zwróciłam na to uwagi. Był czerwiec. Po kilku dniach w moim gabinecie pojawił się dziwny zapach. Zdawało mi się, że jego źródło jest w przedpokoju. Obchodziłam przedpokój, ale niczego podejrzanego nie znajdowałam. Wezwałam służby techniczne, które komisyjnie potwierdziły istnienie dziwnego zapachu.

-Ale co to może być? – dociekałam z zapałem badacza.

-Może szczur wlazł w rurę i zdechł – rzucił ciekawą hipotezę pan techniczny.

Był już taki przypadek – dodał na poparcie swojej teorii.

-No, cóż dziękuję panom – odparłam bez entuzjazmu na sąsiedztwo szczura w rurze. Zapach z każdym dniem przybierał na intensywności.

Pewnego poranka siadłam na końcu kozetki lekarskiej zwróconej do okna aby zmienić buty na szpitalne klapki. Zapach najwyraźniej dochodził z okna. Rozsunęłam boczne zasłony. Na parapecie spoczywał zdeponowany przed tygodniem kogut przyniesiony w darze przez wdzięczną pacjentkę.

Bez chwili wahania wzięłam torbę z feralnym drobiem i z mina pokerzysty niosącego piątego asa w torbie wyszłam na pobliski przystanek. Szczęśliwie było jeszcze dość wcześnie. Włożyłam torbę z przeterminowanym drobiem do kosza na śmieci i szybko powróciłam do gabinetu. Pomieszczenie przewietrzyłam solidnie i od ósmej zaczęłam przyjęcia jak gdyby nic się nie zdarzyło.

Przygody z podrzuconym drobiem w miejscu pracy są u nas rodzinne i zdarzają się w kolejnym już pokoleniu. Strapiona rodzina ucznia, któremu groziła ocena niedostateczna z języka polskiego wykładanego przez moją Matkę przybyła do szkoły aby przeciwdziałać pozostaniu na drugi rok. Podczas przerwy w zajęciach rodzice ucznia weszli do pokoju nauczycielskiego i próbowali namówić Matkę do zmiany decyzji. Na widok wchodzącego innego nauczyciela szybko położyli torbę z drobiem na dolny blat stołu przy którym toczyły się nieszczęsne pertraktacje i szybko zmyli się. Matka wkroczyła do domu z drobiem i pytaniem:

-Chyba dobrze zrobiłam, że go zabrałam, bo by jeszcze zepsuł się.

Wyniesienie drobiu z miejsca pracy to zadanie przed którym z pewnością stanie kiedyś moja Córka. Świeży drób krótko leży w miejscu pracy dopiero w trzecim pokoleniu

Z dość licznej grupy młodych lekarzy odrabiających staż podyplomowy niebawem wyłoniła się grupa przyszłych internistów: Idalia Cybulska, Marek Jarecki, Zbyszek Rymaszewski, Janka Wacławek i ja. Pozostali stażyści wybrali pediatrię, ginekologię lub chirurgię. Decyzja o wyborze przyszłej specjalności w sposób naturalny zbliżyła nas. Angażowaliśmy się w pierwsze prace naukowe kliniki, dyżurowaliśmy z zapałem, a w niektóre soboty spotykaliśmy się na przyjęciach u Idalii, która jako pierwsza z nas miała samodzielne mieszkanie. Idalia mieszkała wówczas na Sadach Żoliborskich w pięknie urządzonym mieszkaniu, utrzymanym w jasnych kolorach. Na ścianie po lewej stronie od wejścia był wielki regał z piękną biblioteką. Szczerze zazdrościłam Idalii tego zbioru książek. Moje książki w owych latach zajmowały co najwyżej tzw. biblioteczkę. Zbiory te dziś w domu nazywane są „starą biblioteką” i uważane przez Kate za najciekawszą część księgozbioru.

Idalia zawsze przygotowywała wspaniałe przyjęcia. Zapamiętałam kanapeczki z pumpernikla i surowych pieczarek bardzo cienko pokrojonych i ułożonych na pieczywie posmarowanym masłem. Gdy pierwszy raz ujrzeliśmy owo danie, dla większości z nas nieznane, odnieśliśmy się nieufnie do propozycji konsumpcji. Po zachęcie ze strony gospodyni nieśmiało przełknęliśmy pierwsze kęsy. Były pyszne! Na następnych przyjęciach Idalia ciągle musiała dorabiać dodatkowe półmiski kanapek z pieczarkami.

Marek Jarecki odróżniał się od nas organizacją pracy. W każdej wolnej chwili wkuwał angielskie słówka lub opisywał ekg. Mało uczestniczył w koleżeńskich rozmowach. Dla odmiany Zbyszek Rymaszewski kuplował się chętnie, znajdując jednak również czas na zabieganie o względy zwierzchności generalnej. Nie bardzo się to nam podobało i uważaliśmy go trochę za będącego poza naszą grupą. Może z tego względu dość późno, po upływie wielu lat zrozumiałam, że był sympatycznym kolegą. Kate słysząc częste wspomnienia o różnych przygodach z udziałem Zbyszka jest przekonana, że był to mój najbliższy kumpel, a całokształt przeżyć klinicznych jawi się jej jako „Paragraf 22” albo „Wielka ucieczka”.

Bliższe relacje zawiązały się między nami dopiero jak uczyliśmy się do egzaminu na drugi stopień specjalizacji z chorób wewnętrznych. Wcześniej oczywiście musiałam zdać jedynkę. Na egzamin byłam skierowana w terminie późniejszym bowiem wraz z Krzysiem Dziubińskim, Martyną Wierzbicką byliśmy elementem napływowym do szlachetnego grona osób zatrudnionych na etatach klinicznych. Ja miałam stypendium doktoranckie, Martyna stypendium z wydziału zdrowia, a Krzysztof był oddelegowany z szpitala zakaźnego. Musiał zrobić jedynkę z interny przed specjalizacją z chorób zakaźnych.

Objechaliśmy ze Zbyszkiem kilka ośrodków przygotowujących materiał do egzaminu na drugi stopień specjalizacji dopytując o zakres obowiązującego materiału. Sylabusy wtedy nie istniały. Trzeba było tworzyć je aktywnie samemu. Jeździliśmy więc od szpitala do szpitala i męczyliśmy znajomych i kolegów. Gdy dojechaliśmy do szpitala na ulicy Goszczyńskiego jęknęłam:

-Zbyszek ja nie mogę, wstydzę się tak pytać i pytać.

-Schowaj wstyd do kieszeni i idź. Wyjmiesz ten swój wstyd po egzaminie.

Miał rację. Tak trzeba było robić bowiem hańba oblania była w zasięgu ręki. Przygotowywano egzamin testowy. Byliśmy słabo obeznani z tą formą egzaminu. Na studiach egzaminy testowe były tylko z dermatologii i neurologii. Nikt nie pokazywał nam wcześniej przykładowych testów, nie objaśniał jak należy je rozwiązywać. Prawdopodobnie test z dermatologii był pierwszym jaki widziałam na oczy.

Do egzaminu z interny uczyliśmy się w własnych mieszkaniach, telefonując do siebie w ciągu dnia wielokrotnie. Test pisaliśmy na sali kliniki pediatrycznej na Marszałkowskiej. Poszedł nam fatalnie. Byliśmy przekonani, że nie zdaliśmy. Po egzaminie ogłosiliśmy urbi et orbi, że oto nadciąga hańba niezdanego egzaminu. Po korytarzach kliniki powiało grozą. Osiągnąwszy należyte efekty towarzyskie zdecydowaliśmy się zjeść w domu Zbyszka obiad. Wyniki miały być wywieszone o godzinie osiemnastej. Po paru godzinach obiadu, w skład którego wchodziła spora ilość przystawek w formie płynnej nadeszła pora zmienić lokal. Ku mojemu zdziwieniu Zbyszek postanowił, że pojedziemy samochodem.

-Zbyszek może weźmiemy taksówkę –wtrąciłam nieśmiało.

-Kochana, ostatnia umiejętność jaką tracę po . spożyciu obiadu z przystawkami płynnymi . to jest zdolność prowadzenia samochodu –oświadczył. Wsiadaj!

-Zbyszek, ale przed tygodniem na oblewaniu doktoratu, zapewniałeś, że ostatnią umiejętnością jaką tracisz jest tańczenie.

-Tańczenie jest przedostatnie. Wsiadaj i nie gadaj. Z motorniczym nie wolno rozmawiać, nie czytałaś takiego napisu?

Jechaliśmy z dalekiego Żoliborza przez wszystkie ruchliwe skrzyżowania, ronda, światła. Opatrzność nie tylko czuwała nad nami, ale najwyraźniej była na ostrym dyżurze. Co jedliśmy i piliśmy w Szanghaju nie pamiętam. Mocno znieczuleni poszliśmy odważnie stawić czoła wynikom egzaminu testowego. Zaliczało 127 punktów. Ja miałam 134, Zbyszek więcej, chyba około 150 na 180 możliwych. Zdaliśmy. Zbyszek po przeczytaniu wyników dostał napadu śmiechu. Chichotał zanosząc się i wydając z siebie wysokie dźwięki. Stojąca obok dziewczyna myślała, że oblał egzamin i płacze. Objaśniłam koleżance, że Zbyszek wydaje z siebie dźwięki radości, a nie rozpaczy.

Restauracja Szanghaj była ważnym punktem topograficznym na mapie naszej młodości. Była niedaleko od szpitala i za 19,80 zł można było zamówić ulubioną potrawę ryż z rozmaitościami. Niekiedy rosół z makaronem sojowym albo przystawki płynne dla spragnionych. Nie bywałam spragniona, dzięki temu wszystkie rozmowy prowadzone w Szanghaju dobrze pamiętam.

Pewnego razu kolega sekretarz partii zaprosił mnie na obiad do naszej ulubionej restauracji. W okolicach konsumpcji deseru odkrył karty: "Jeżeli zapiszesz się do partii to dostaniesz etat adiunkta w akademii medycznej. Jeżeli nie zapiszesz się nigdy nie będziesz pracowała na uczelni". Do tej pory zatrudniona byłam na etacie szpitalnym, a wcześniej miałam stypendium doktoranckie. Grzecznie podziękowałam za zaufanie jakim partia zamierzała mnie obdarzyć, zapłaciłam za swój obiad i dziś nie muszę być wyznawczynią teorii ketmanu [1] . Mogę publicznie wyznać:

Tak proponowano i zapisanie się do partii za określone profity i karierę. Nie uznałam za stosowne przystąpić do ubijania tego interesu. Czy ta decyzja odbiła się na mojej karierze? Może tak, a może nie. Nie wiem. Być może zaliczyłabym wyższą karierę akademicką, zawał serca, stent powlekany albo inną procedurę wysokospecjalistyczną. Nie musiałabym po wielokroć słuchać informacji, że będąc zatrudnioną na etacie szpitalnym jestem razem, a nawet oddzielnie. Zatrudnienie na etacie szpitalnym pozwalało zwierzchności generalnej odmówić finansowania wyjazdu na kongres naukowy albo zamówić płatny w dawnych latach wydruk piśmiennicwa z bazy Medline w GBL.

-Pani jest na etacie szpitalnym i nie mogę . - tu padała szczegółowa niemożność, a było ich wiele. Przez lata wściekałam się słysząc to słowo „etat szpitalny” bo oznaczało ono wspólnotę rąk do pracy i oddzielność piersi do orderów. Dziś wiem, że być niekoniecznie razem z kimś, a nawet oddzielnie może mieć swoje pozytywne strony. Po raz pierwszy dobrze to zrozumiałam i wykorzystałam podczas uroczystego bankietu na kongresie kardiologicznym w Barcelonie. Uczestnicy kolacji przedstawiali się, dodając niczym „imia-otczestwo” nazwiska swoich zwierzchności generalnych. Odbieram to jako obyczaj intelektualnego niewolnictwa, niegodny ludzi wykonujących wolny zawód lekarza. Gdy nadeszła moja kolej podałam następującą formułę:

-Pracuję w tym samym szpitalu co pani dr X i pan dr Y.

Rok później w podobnej sytuacji w Berlinie zastosowałam inną zasadę prezentacji :

-Jestem wolnym strzelcem w zawodzie. To określenia legło u podstaw nazwiska bohaterki mojej pierwszej powieści „Maść tygrysia czyli powołanie do medycyny” - Kris Freelancer.

Ukryta w tle sugestia pracownika drugiej kategorii w odniesieniu do lekarzy zatrudnionych na etatach szpitalnych była również chętnie i często podnoszona przez zwierzchności generalne w innych klinikach. Kwestia ta w pamięci wszystkich, którzy osobiście doświadczyli bycia na etacie szpitalnym w instytucjach akademickich jest niemiłym wspomnieniem o cechach doznań dyskryminacyjnych. Dużo czasu upłynęło zanim zrozumiałam, że gdy mi ktoś mówi przy okazji Alfa : „Ty nie jesteś nasza” , to przy okazji Beta mogę powiedzieć: „Ja nie jestem wasza” i może to być całkiem przyjemne wyznanie. Być na etacie akademickim to brzmiało niczym być z pierwszej kadrowej. Za każdą pierwszą kadrową idą inne wojska, zaopatrzenie tyłów, markietanki, kwatermistrzostwo. Jedno jest pewne: każdy kto był na tej wojnie ma kombatanckie ciągotki.

Dowodem awansów w świecie stażystów było przydzielanie referatów do wygłoszenia na posiedzeniu klinicznym. Mój pierwszy występ pamiętam jedynie jako atak nie dającej się przezwyciężyć tremy. W dość krótkim czasie chyba mi owa trema minęła. Miałam bardzo dobre wystąpienie na posiedzeniu Towarzystwa Internistów Polskich w 1972 roku o hiperaldosteronizmie pierwotnym z objawami nadmiaru glikokortikoidów. Do dziś jestem zadowolona z dobrze postawionego głosu, spokojnej narracji i opanowania podczas wygłaszania tego referatu. W trakcie mojego wystąpienia musiano wywołać z sali pilnie jakiegoś lekarza. Prowadzący zebranie przerwał moje wystąpienie i ogłosił komunikat. Nie zdenerwowałam się ani trochę i po chwili kontynuowałam swoje wywody.

Było o czym mówić, wkrótce potem opis tego przypadku przyjęto do druku w „Journal of Clinical Endocrinology and Metabolism” w Stanach Zjednoczonych. Był to szesnasty przypadek takiego skojarzenia zaburzeń hormonalnych jaki opublikowano na świecie. W 1972 roku nie byłam już stażystką. Moją pierwszą pracą naukową, w której pisaniu uczestniczyłam podczas stażu było doniesienie zatytułowane „Ocena skuteczności ksylokainy w leczeniu zaburzeń rytmu serca”, które ukazało się drukiem w 1970 roku na łamach Polskiego Tygodnika Lekarskiego. Ksylokaina dopiero wchodziła do użycia i była naszym ulubionym lekiem ze względu na fantastyczną skuteczność. Przyjęcie chorego na „R-kę” z gromadną ekstrasystolią komorową, przechodzącą w salwy, za którymi czaił się częstoskurcz komorowy przyprawiał nas o nie mniejsze zaburzenia rytmu. Podanie 50 mg lub 100 mg ksylokainy „z ręki” [2] likwidowało praktycznie natychmiast arytmię. W pracy opisaliśmy efekty leczenia u 41 chorych. Dziś widzę, że grupa nie była duża. W związku z powszechną obecnością ksylokainy w naszym postępowaniu powstał pomysł aby wprowadzić metodę oznaczania stężenia ksylokainy we krwi. Dr Jacek Preibisz spędził kilka wieczorów w GBL i wynalazł opis metody oznaczania leku we krwi. Otrzymałam zadanie wprowadzenia metody do praktyki codziennej. Egzotyczność tego zlecenia jestem w stanie w pełni zrozumieć dopiero dziś. Miałam zerowe doświadczenie biochemiczne, z trudem odróżniałam poszczególne sprzęty laboratoryjne, musiałam normalnie prowadzić swoich pacjentów na oddziale i dyżurować. W razie problemów miałam zwracać się o pomoc do kierownika pracowni biochemicznej. Właściwie wszystko było jednym wielkim problemem. Na pewnym etapie oznaczenia trzeba było bodaj przez 20 minut wstrząsać próbówki z dodatkiem specyfiku o ładnym pomarańczowym kolorze. Męczyłam się parę tygodni i nie uzyskawszy nawet jednego wyniku zostałam uwolniona od perspektywy bycia słynną biochemiczką.

W trakcie odrabiania stażu pojawiły się staże kierunkowe sprofilowane na przyszłą specjalizację. Załatwiłam w dziekanacie zamianę stażu z ogólnego na internistyczny i dzięki temu oficjalnie nie musiałam odrabiać ginekologii. Odrabianie chirurgii polegało na nieformalnych umowach o stażystach chcących więcej czasu poświęcić przyszłej specjalności. Byłam chyba jeden miesiąc na stażu z pediatrii, w niepełnym wymiarze godzin. Z tej praktyki zostało mi w pamięci, że zwierzchność płci męskiej, młodsza od prowadzącej sale lekarki rozsiadała się wygodnie na stołku stojącym koło łóżka i wydawała dyspozycję do koleżanki: ”Marysiu weź sobie stołek i usiądź”. Rzeczona Marysia po wielokroć brała stołek i siadała. Stażyści nie byli obiektem zainteresowania zwierzchności i nie przewidywano zajmowania przez nich miejsc siedzących. Może na obchodzie marzyliśmy pozostawać w pozycji leżącej?

Po ukończeniu stażu od maja do końca września byłam na etacie akademickiem, który „dobrowolnie” opuściłam i podjęłam studia doktoranckie. Na osierocony etat akademicki przybył kolega sekretarz partii, późniejszy oferent kariery w zamian za wzmocnienie komórki partyjnej w klinice, która mimo usilnych starań kierowniczej siły narodu ciągle pozostawała w stanie zaawansowanego uwiądu ideologicznego. W okresach prosperity w klinice były cztery osoby należące do partii, co w porównaniu z innymi klinikami czyniło nas maruderami ideologicznymi.

Wydarzenia roku 1968 odbiły się na składzie osobowym kliniki. Czworo kolegów zdecydowało się na emigrację. Wśród nich był mój ulubiony starszy dyżurant dr Leon Stach. Wyjechał do RFN, jak to się wtedy mówiło. W porze wakacyjnej wyjechały do Izraela dr Ziuta Śmietańska, a wczesną jesienią dr Mirosława Rycerowa. Emigracje do Izraela rozumiałam dobrze, ale wyjazd do Niemiec? Miałam zbyt młoda głowę, aby zrozumieć kulisy wielkiej polityki. Wyjechało także kilku kolegów z mojego roku. Któraś z dziewczyn wyszła za mąż za szwedzkiego Żyda, aby móc uzyskać obywatelstwo pozwalające na wyjazd z Polski. W wakacje pracowaliśmy pod kierunkiem zwierzchności zastępczej, która była bardzo bezpośrednia i elokwentna. Gdy zbliżał się koniec naszych samodzielnych ordynacji Renata Kądzielawa mieszkająca na Saskiej Kępie urządziła przyjęcie. Byli wszyscy młodzi lekarze, zwierzchność zastępcza i dr Mirosława Rycerowa. Przyjęcie było sympatyczne. Dr Rycerowa opowiadała o przebiegu przygotowań do emigracji, oburzała się domniemaną próbą oszukania w urzędzie, który wymieniał emigrantom pieniądze na dolary lub marki – w każdym razie na twardą walutę, jak to zwykło się w tamtych czasach określać. Zdaniem narratorki urzędnik chciał ją oszukać. Była oburzona: „Mnie Żydówkę oszukać na pieniądze? Pokazałam mu kto zna się na pieniądzach! Ale nie ważne. Wzniosę teraz toast –kontynuowała. Za rok o tej porze w Jerozolimie, jak mówią bogobojni Żydzi gdy piją wódkę, do ciebie –tu padła popularna ksywka zwierzchności zastępczej – to piję.” Zapadła cisza. Pierwszy raz widziałam gdy elokwentny kolega nie znalazł odpowiedzi. Nie znam tej odpowiedzi do dziś. Nie wiem czy toast był przytykiem czy prawdą. W tych podległych czasach nie było zwyczaju mówienia: jestem Żydem, gejem, partyjnym, lesbijką, alkoholikiem etc. Wszystkie mniejszości etniczne, seksualne czy obyczajowe musiały siedzieć cicho ze swoim problemem. Bezpośrednie informacje o tym, że ktoś jest Żydem dane mi było poznać wiele lat później, gdy w latach osiemdziesiątych pracowałam w poradni dla kombatantów. Wielu z pacjentów dopełniało formalności w ZUS-ie, aby otrzymać rentę kombatancką. Na początku wizyty oglądałam zwykle książeczkę kombatancką gdzie krótko były ujęte okoliczności wojenne. Poznałam wówczas wiele osób ze Stowarzyszenia b. Dzieci Holocoustu, które expressis verbis mówiły:” Jestem Żydówką” lub „Jestem dzieckiem Holocoustu”. Prowadzone rozmowy przejmowały mnie do głębi. Wiele osób opowiadało swoje wojenne koszmary i koleje losu bardzo szczegółowo. Od niektórych otrzymywałam spisane wspomnienia. Mam je w bibliotece na półce „Książki z autografem autora”.

Studia doktoranckie dawały szansę na względnie szybkie zrobienie doktoratu. Zdarzały się pojedyncze przypadki, że koledzy mający etat akademicki brali czasowy urlop i rozpoczynali studia doktoranckie aby uzyskać temat doktoratu. Tak postąpiła przynajmniej jedna z moich koleżanek. Pierwszy temat mojej pracy doktorskiej miał dotyczyć badań gazometrycznych po lekach przeciwbólowych u pacjentów ze świeżym zawałem serca. Prawdopodobieństwo wykonania pracy było tak jak w przypadku oznaczeń stężenia ksylokainy we krwi bliskie zero. Nie było odpowiednich kaniul. Perspektywa kłucia co pół godziny tętnicy obolałego zawałowca kompletnie mi nie odpowiadała. Przez rok nie zrobiłam żadnych oznaczeń. Zostało mi więc dwa lata na napisanie doktoratu. Pojawiła się plotka, że ten kto nie obroni doktoratu będzie musiał zwracać stypendium doktoranckie. Otrzymywaliśmy w pierwszym roku 1550 zł, w drugim 1750 zł ,a w trzecim 2100 zł miesięcznie. Oczywiście pieniądze wydawaliśmy od ręki więc perspektywa zwracania była mroczna. Posługując się tą ponurą wizją udało mi się zmienić temat pracy doktorskiej. Metodę poznała w klinice kardiologicznej na Goszczyńskiego gdzie była na miesięcznym stażu. Prof. Krystyna Ilmurzyńska obroniła właśnie habilitację i była Pierwszą Damą Polskiej Ultrasonokardiografii. Tak wtedy mówiliśmy – ultrasonokardiografia. Termin echokardiografia pojawił się później. W wyniku dyskusji prowadzonych na dyżurach wyłonił się temat:

„Zastosowanie ultrasonokardiografii do oceny leków wpływających stan czynnościowy mięśnia sercowego”.

Badania robiłam przez dwa lata, a w trzecim roku pisałam pracę. Obrona odbyła się pod koniec roku 1974. Dokumentacja zapisów badań dokonywana była za pomocą aparatu fotograficznego. Pod powiększalnikiem przerysowywałam uzyskane opisy i potem obliczałam nachylenie szybkości narastania fal skurczowej tylnej ściany lewej komory, wzorując się na metodologii zaproponowanej przez Kraunza i Kennedy’ego. Poza fotografiami zapisów w pracy były rysunki, które na podstawie szkiców wykonał mój brat Mieczysław. Pomagał też mi w obliczeniach statystycznych. Przepisanie na maszynie wykonała nie utrwalona w mojej pamięci osoba, natomiast oprawę prac wykonywaliśmy na Marszałkowskiej u właściciela zakładu introligatorskiego, który był naszym pacjentem.

Ważną osobą w mojej naukowej biografii była prof. Barbara Dąbrowska. Pewnego razu wybierałam się do niej i powiedziałam mojej córce, że idę do profesor Dąbrowskiej. Kate jeszcze wtedy mała i nie pamiętająca dobrze nazwisk moich kolegów zapytała:

-Czy to jest ta pani do której przez telefon wołasz co chwila „ależ Basiu!”

Potwierdziłam. Tak istotnie często wołam na znak, że się z nią nie zgadzam w wielu kwestiach. Pewien mędrzec powiedział, że najlepiej czujemy się w towarzystwie tych z którymi się zgadzamy, ale rozwijamy się w towarzystwie tych z którymi się nie zgadzamy. Myślę więc, że Basia miała wpływ na mój rozwój naukowy. Winna jestem jej wdzięczność w dwu ważnych sprawach z mojego życiorysu naukowego. Pierwszym powodem było wyszukanie temat doktoratu i konsultacje merytoryczne w trakcie pisania. Drugim - złożenie podpisu w charakterze nominatora na moich dokumentach gdy ubiegałam się o tytuł specjalisty European Society of Hypertension. Spędziłyśmy z Basią wiele wspólnych godzin mieszkając w „dziewiątce” – pokoju, który w pierwszej części był archiwum ekg, a za wielką szafą mieszczącą różne elektorkardiograficzne skarby były nasze biurka. Po zrobieniu obchodów popijałyśmy herbatkę. Siadałam u szczytu biurka i wymieniałyśmy poglądy. Ciekawe, że pomimo tej wspólnoty terytorialnej nie wciągnęłam się w ekg głębiej i nie zostałam „primadonną od załamków”. Ten egzotyczny tytuł wymyśliła kiedyś zwierzchność na określenie koleżanek zajmujących się ekg w klinice. A może był on tylko przydzielony Basi na wyłączność? Z okresu tych dyskusji nabrała ona przekonania, że znam się na antybiotykach. Tak nie było, ale Basia zawsze pytała mnie o zdanie w kwestii antybiotyków, musiałam więc douczać się aby sprostać jej oczekiwaniom. W dziewiątce wiodłyśmy woluntarystyczny żywot i teraz spoglądając wstecz widzę, że były w niej zalążki małego lądu ( a może „landu” wolności?), w którym już wtedy rozpoczynał się proces odrywania od wielkiego kontynentu. Obie zdecydowałyśmy się na przejście na emeryturę w wieku 55 lat i kontynuowanie dalszej pracy zawodowej w systemie wolnego strzelca. Jestem głęboko przekonana, że podpis Basi pod moją aplikacją o tytuł specjalisty European Society of Hypertension miał pewne znaczenie. Oczywiście najważniejszym było spełnienie warunków formalnych. Udało mi się zostać specjalistą ESH w pierwszej grupie nominowanych w czerwcu 2000 podczas kongresu w Goeteborgu. Jednak o wyniku dowiedziałam się dopiero za rok w Mediolanie. Nasza krajowa władza nadciśnieniowa wyjechała jeden dzień przed posiedzeniem komitetu przyznającego tytuły i nie mieliśmy możliwości poznać wyników.

Formularz na nominację wypatrzyła podczas kongresu nadciśnieniowego w Mediolanie Janka Wacławek- Maczkowska. Uważam ją za druga ważna osobę w procesie certyfikacji. Janka jeśli zwiedza rzeczywistości to robi to centymetr po centymetrze. Niczego nie opuszcza. Kierując się tą zasadą napotkała dokumenty na stoliku ESH, gdzie urzędowała sekretarka, niedawno dowiedziałam się, że i żona w jednej osobie - profesora Giuseppe Mancii. Wzięła bodaj dwa komplety i jeden przekazała mi z pytaniem co o tym sądzę. Zdecydowałam się wypełnić dokumenty od ręki. Janka wahała się bodaj trzy lata, ale wielokrotnie przeze mnie namawiana złożyła dokumenty w 2002 roku i na kongresie w Paryżu odebrała również certyfikat specjalisty ESH. Przypadkowo spotkałyśmy się przy stoisku ESH nawet nie umawiając się. Byłam więc pierwszą osobą, która składała jej gratulacje. Zrobiłyśmy sobie fotkę na pamiątkę tych europejskich starań.

Dyplomy European Society of Hypertension są symbolicznym, ale trwałym wynagrodzeniem w sferze ducha naszej pracy w poradni nadciśnieniowej.

Gdy urodziła się Kate wiedziałam, że nie powrócę do pracy na oddziale. Zdecydowana byłam odbyć urlop wychowawczy. Początkowo wzięłam rok urlopu za radą pani Krystyny Mączkowej, sekretarki.

-Pani doktor idą niepewne czasy. Może będzie pani musiała wrócić do pracy wcześniej? Zawsze może pani przedłużyć urlop. Uznałam, że rada jest słuszna. Mąż mój pracował wówczas jako sekretarz redakcji pisma o profilu społeczno-politycznym „Przegląd Techniczny”. Mimo mylącego tytułu pisma, zajmowało się ono mniej techniką, a więcej komentowaniem polityki. Wkrótce dziennikarze byli poddani procesowi weryfikacji i mogło się zdarzyć, że zostaniemy bez środków do życia. Porada możliwości wcześniejszego powrotu była więc uzasadniona i podziękowałam pani Krystynie. Lubili ją wszyscy asystenci. Prezentowała inny styl niż pani Cecylia, bywała na obronach naszych prac doktorskich, udostępniała maszynę do pisania w sekretariacie i częstowała kanapkami na drugie śniadanie. Miło było dostać kanapkę po dyżurze. Przelotnie praktykowaliśmy ten zwyczaj przynoszenia śniadania dla kolegi po dyżurze. Przynosiłam niekiedy, czasami otrzymywałam. Zwyczaj jednak nie przyjął się na stałe.

Zanim nastała wieloletnia epoka pani Krystyny wspomnę o kilku przelotnych postaciach z sekretariatu w epoce bezkrólewia. W pamięci naszej pozostały osobniczki pokładające się na biurku sekretariatu, biegające w kapciach z pomponami, przebierające się nieomal na oczach interesantów nieco tylko schowane za wieszakiem, a także –żeby nie pozostać na wyliczaniu wyłącznie mankamentów pracownic – dziewczyna mówiąca po angielsku z niezwykłą biegłością i fantastycznym. Nie mogła się podobać zwierzchności generalnej posługującej się niewyrafinowaną angielszczyzną z akcentem skrajnie nadwiślańskim. Długie lata wielu z nas myślało i nawet po wielokroć otrzymywało słowne sugestie, że to nasz angielski jest fatalny. Niektórzy z kolegów wręcz utracili wiarę w siebie w następstwie ciągłego słuchania poprawek i nieprzychylnych komentarzy. Gdy po 1989 roku ruszyliśmy w świat pojawiła się okazja posłuchania, że poszczególni ludzie mówią bardzo różnie. Odkryłam to bardzo późno. Również późno nabrałam odwagi rozmawiania po angielsku. Teraz mówię chętnie i jestem sobą zachwycona. Dużo dobrego samopoczucia i odwagi dodaje ogólna rozmowność oraz umiejętność prowadzenia konwersacji w języku ojczystym. Jestem w 95% samoukiem w uczeniu się języka angielskiego. Dziś wiem, że nikt z nas nie mówi doskonale, nasz akcent ograniczają względy kulturowe, biologiczne, językowe i tysiąc jeszcze innych powodów. Najważniejsza jest intencja porozumienia się.

BIOCHEMIA I OKOLICE

Choć biochemia praktyczna nie była moim żywiołem to więzi z „biochemical department” [3] były silne i malownicze. Jako najbardziej barwny obraz pozostaje w mojej pamięci scena przygotowawcza do opracowania metody oznaczania prostaglandyn. Tą jak sądzę trudną metodę wdrażała Hania Ignatowska - Świtalska. W owych latach wiedzieliśmy, że prostaglandyny powstają w płucach oraz męskich płynach biologicznych. O tym, że możliwości powstawania prostaglandyn w ustroju jest więcej chyba jeszcze nie wiedzieliśmy. Płuca w naszej wiedzy zajmowały eksponowaną pozycję. Nie znam szczegółów merytorycznych z powodu których potrzebna była do oznaczeń tkanka płucna. Może duża zawartość prostaglandyn w tkance płucnej ułatwiała oznaczenie? Wersja pozyskiwania prostaglandyn z męskich płynów biologicznych chyba nie była brana pod uwagę [4] . Choć w przypadku zbiórki moczu wielokrotnie koledzy wspierali się nawzajem. Pewnego razu weszłam do pracowni gdzie urzędowała Hania i zastałam większa grupę badaczek oddzierających tkankę płucną od oskrzeli. Wyglądały niezwykle malowniczo, z elementami ekstrawagancji. W szacownym ośrodku naukowym siedziały sobie na środku pracowni trzy osoby, trzymając na kolanach sporych rozmiarów fragmenty tkanki płucnej i wyszarpywały z niej małe kawałeczki, a następnie wrzucały do plastikowego pojemnika. Wyglądały bardzo podobnie do osób skubiących pióra z nieżywych ptaków. Wypraw do rzeźni po tkankę płucną było kilka, a widok zapracowanych skubaczek płucnych powtarzał się. Nie wiem czy te heroiczne wyczyny pomogły ustawić metodę oznaczania prostaglandyn. W pracy z 1986 roku posługuję się robiącym wrażenie zwrotem, że stężenie prostaglandyn oznaczano „ metodą RIA po ekstrakcji osocza Amberlitem XA D-2 i rozdziale na kolumnie kwasem krzemowym” [5] . Nic z tego nie rozumiem, ale do dziś zwroty robią na mnie wrażenie. Zwroty z pewnością podyktowała mi Hania Ignatowska - Świtalska, z którą razem pisałyśmy wspomniane dzieło. Siedziałyśmy w moim salonie, przy okrągłym stole i z głębokim namysłem komentowałyśmy uzyskane wyniki. Był wyznaczony nieprzekraczalny termin oddania pracy zwierzchności, a wszystko trochę rozlatywało się nam na boki. W końcu uporałyśmy się z tematem. Gdy dziś czytam nasze komentarze to muszę powiedzieć, że brzmią one całkiem współcześnie. Uśmiecham się tylko na wspomnienie pojęcia „ekstrapolacji”, które poznałam dzięki Hani. Konkurencyjnym dla tego pojęcia była „średnia logiczna” wspomagająca średnią arytmetyczną. Miała ona swoje pięć minut przy badaniach eksperymentalnych.Niedobory materiałów biologicznych do badań uzupełnialiśmy na miarę naszych możliwości wydalniczych. Często koledzy prowadzący badania prosili o dostarczenie własnej dobowej zbiórki moczu. Najprościej było zebrać mocz podczas dyżuru. Szklany pojemnik trzymaliśmy zwykle w łazience lekarzy dyżurnych mieszczącej się naprzeciwko szatni, tuż przy wejściu do kliniki. Pewnego dyżury pełnionego razem z Zuzanną Kowalską – Majewską pracowicie kolekcjonowałam wydalane płyny. W ferworze dyżurowym byłam bliską zapomnienia o obowiązku zapełniania słoja. Już. już. prawie. prawie. kompletnie zapomniałam gdy nagle mój wzrok spoczął na kartce doczepionej do słoja. Była większa i inna niż ta którą umocowano w pracowni na słoju. Kartka napisana charakterem pisma Zuzi informowała, że „jest to uryna jaśnie oświeconej pani doktor Łapińskiej zbierana do wyższych celów naukowych”. Pamiętam, że oznaczone z tej zbiórki moczu katecholaminy były na górnej granicy normy, co w sposób naukowy dowodziło jednego: dyżury to nie były wczasy wypoczynkowe.

Praktykowaliśmy też oddawanie krwi do badań naukowych. Klinika była więc nielichą pijawą naszej krwi i codziennego trudu. Myślę, że pracowaliśmy niepotrzebnie spalając się nadmiernie i rozmieniając na drobne. Nie mieliśmy świadomości potrzeby długofalowego planowania.

PRZED DYŻUREM, PO DYŻURZE, NA DYŻURZE

Z 15 lat przepracowanych na oddziale spędziłam około 36 miesięcy na dyżurach. Trzy lata spędzone w warunkach powodujących wydalanie katecholamin na górnej granicy normy. Tylko młode organizmy mogły to znieść bez większego uszczerbku.

A może jednak coś się w nas wyszczerbiało podczas pracy na dyżurach? Gdy dziś myślę o dziesiątkach przyjmowanych pacjentów w stanie zagrożenia życia, rozmowach prowadzonych z rodzinami po stracie najbliższych osób, referowaniu stanu zdrowia ciężko chorej własnej matki na odprawie, odpowiadaniu na trudne, medyczne pytania stawiane po angielsku z nadwiślańskim akcentem, sprawdzaniu czy pamiętamy numer łóżka na którym zdeponowano VIP-a, to myślę, że niepotrzebnie trwaliśmy w tym chocholim tańcu. Były pojedyncze osoby, które szybko rezygnowały z pracy. Większość z nas nie miała jednak nawet świadomości, że ma do tego prawo. Oczywiście tylko na dyżurach można było nauczyć się prawdziwej interny. Niekiedy jednak sama wiedza internistyczna nie wystarczała. Potrzebne było jeszcze trochę szczęścia, a niekiedy dzieła przypadku.

Niedawno jedna z młodszych koleżanek przypomniała pewien nasz wspólny dyżur. Przywieziono z izby przyjęć mężczyznę w średnim wieku bardzo pobudzonego ruchowo. W powietrzu wyczuwało się wyraźnie alkohol. Mężczyzna była tak agresywny, że zbadanie go praktycznie było niemożliwe. Byłam już bliska wysłania pacjenta do izby wytrzeźwień jednak męczył mnie fakt, że właściwie go nie zbadałam. Zadzwoniłam więc do zwierzchności zastępczej z pytaniem czy mogę odesłać niezbadanego pacjenta. Zwierzchność poradziła abym jeszcze spróbowała zbadać, bo bez badania nie jest dobrze podejmować jakiekolwiek decyzje.

Zbliżyłam się do pacjenta, który odepchnął mnie z niezwykła siłą. Zachwiałam się i nieomal wpadłam na obywatela noszowego. Pociągnęłam nosem i diagnoza była gotowa. Woń alkoholu wydobywała się z dróg oddechowych obywatela noszowego. Wszystko było jasne: agresywny pacjent był w hipoglikemii. Podałam pacjentowi mocno osłodzoną herbatę, po kilku minutach był na tyle spokojny, że można było pobrać krew na cukier. Wynik cukru był 42 mg%. Po paru strzykawkach glukozy podanej dożylnie rozmawialiśmy bez przeszkód. Pacjent okazał się być cukrzykiem. Rano wstrzyknął sobie insulinę, ale nie zjadł śniadania bowiem miał ważna naradę. Po południu zasłabł i został zabrany z ulicy przez pogotowie ratunkowe.

Około 35 roku życia dyżurowanie zaczęło przekraczać moje możliwości biologiczne. Zdobyłam czasowe zwolnienie z dyżurów od lekarza zakładowego, a wkrótce potem jego przedłużenie „ z mocy prawa”. Miałam zostać mamą. Rozwijało się nie tylko dziecko, ale i zdrowy instynkt samozachowawczy. Natura czyni cuda. Cudem dodatkowo towarzyszącym zostaniu mamą Kate, było przywrócenie zdolności do trzeźwego myślenia i właściwego oceniania sytuacji.

Dziś w epoce poradników na każdy temat wiele spraw jest jasnych, są gotowe formułki i jest inne spostrzeganie spraw własnych oraz cudzych.

Nabranie dystansu wobec cudzych negatywnych opinii jest dla lekarza bardzo trudna sztuką. Zawsze na dnie duszy czai się niepokój: a może ten ktoś ma rację? a może coś przeoczyłam? może będą tego konsekwencje?

Na mojej długiej drodze dystansowania się wobec cudzych, koniunkturalnych i manipulacyjnych opinii jestem już w dobrym miejscu. Prezentując niedawno doniesienie o lekach OTC zażywanych przez pacjentów z cukrzycą zapytano mnie o komentarz do liczebności grupy. Przedstawiłam argumentację odnosząc się do liczebności uznawanych w badaniach socjologicznych do „reprezentatywnej grupy dla ludności Polski” czyli 1052 osób. Od młodego członka komisji usłyszałam, że jednak zbadana przez nas grupa jest zbyt mała. Wściekła na międlenie argumentacyjne odpowiedziałam:

-Szanuje pańskie zdanie, ale go nie podzielam.

Pomogło. Dyskusja padła niczym podcięta mieczem Damoklesa

WYJAZDY NA KONGRESY ZAGRANICZNE

Niespodziewane nadejście demokracji wywróciło nasze życie, również zawodowe. Pojawiły się możliwości bywania w alternatywnych, w stosunku do posiedzeń klinicznych, miejscach zdobywania wiedzy medycznej. Początkowo byłam oszołomiona, że słucham wykładu medycznego w eleganckim hotelu. Dziwiło to mnie i rozpraszało. Z czasem akcenty odwróciły się. Gdy po kilku latach bywania w przyzwoitych salach wykładowych pojechałam na konferencję zorganizowaną w sali wykładowej Szpitala Bielańskiego z trudem utrzymywałam uwagę na przedmiocie referatu. Projektant siedzeń na sali wykładowej prawdopodobnie nigdy nie widział człowieka podczas wykładu. Odległość między siedzeniem a pulpitem przeczy wszelkim pomiarom antropometrycznym.

Moim pierwszym kongresem zagranicznym był wyjazd na obrady European Society of Hypertension do Mediolanu w 1999 roku. Tak więc dopiero w 31 lat po dyplomie udało mi się wyjechać i skontaktować z medycyną zachodnią, jeżeli nie uwzględnimy krótkiego pobytu na kursie echokardiografii w Londynie. Ekspedycja do Londynu wymagała pokonania wielu przeciwności – zaproszenie wysłane przez organizatorów „zaginęło”, a bez niego nie można było wystąpić o paszport służbowy. Szczęśliwie organizatorzy dali się namówić na przysłanie kopii do swojego biura, aby nie przeciążać klinicznych łączy i dzięki temu zabiegowi udało się wyjechać. Kongres w Mediolanie był oczywiście wyprawą, którą zaliczałam bez błogosławieństwa zwierzchności generalnej, w tym czasie już formalnie z nami nie związanej. Byłyśmy z Janką Wacławek – Maczkowską w jednej grupie i siedziałyśmy obok siebie w samolocie. Tuż przed startem Janka zapewniała: "To tylko jednorazowy incydent, zobaczysz nigdy więcej nie wyjedziemy".

Pobyt wywarł na nas duże wrażenie. Słuchałyśmy wielce przejęte wykładów znanych profesorów zagranicznych, poznawałyśmy mechanizmy rządzące kongresowym biznesem. Chyba szło nam to całkiem nieźle, bowiem zaproszenia na następne kongresy, również European Society of Cardiology, pojawiały się w następnych latach. Ukoronowaniem moich kongresowych aktywności było zaprezentowanie 3 doniesień na kongresie International Society of Hypertension w Sao Paulo w 2004 roku. Współautorami prezentowanych prac byli Ewa Bar-Andziak, Wiesław Grzesiuk i Michał Popow.

Dostałam od International Society of Hypertension travel grant naukowy. Zdecydowałam się pojechać na ekspedycję za ocean sama. Podobnie inni uczestnicy z Polski przyjechali w pojedynkę. Naukę polską za oceanem reprezentowali na tym kongresie Dagmara Hering , Grzegorz Dzida , Krzysztof Narkiewicz i ja. Dodatkowo aplikowałam do nagrody naukowej, jeszcze wtedy nieświadoma, że aplikujący Latynos z definicji jest lepszy, a jeszcze gdy zgłasza go nominator "rasy inne niż biała" - to inni kandydaci odpadają w przedbiegach.

Moim nominatorem do nagrody był prof. Bożenna Wocial, wieloletnia szefowa pracowni biochemicznej w naszej klinice. Z Bożenną zaprzyjaźniłam się w dalszych latach mojej pracy. Poczucie humoru, żywotność, mobilność, otwarty umysł, życzliwość zawsze kojarzą mi się z Bożenną.

Z Damara byłyśmy jeszcze w następnym roku na kongresie Inter - American Society of Hypertension w Cancun. Z rozpędu pojechałam na kongres American Society of Hypertension do San Francisco jako dziennikarz akredytowany przy kongresie. Tym sposobem zobaczyłam wszystkie rodzaje kongresów nadciśnieniowych.

Co komu sądzone to go nie minie można by refleksyjnie zauważyć. Lubię atmosferę kongresową, zawsze poznaję nowych i ciekawych ludzi, przywożę materiały naukowe. Poznawszy tajniki podróżowania w pojedynkę nie zabiegam o uczestnictwo w grupach kongresowych. Z czasem pojawiły się travel granty dziennikarskie. Miałam taki grant na American Heart Association do Dallas i na kongres medycyny seksualne w Kopenhadzie w 2005 roku.

Zjazdy oferują także travel granty dla młodych uczestników. Trzykrotnie wspierałam starania młodych kolegów o granty na kongresy naukowe. Dr Michał Popow był moim pierwszym podopiecznym na kongresie nadciśnieniowym w Mediolanie, gdzie prezentowaliśmy pracę o objawach ubocznych w trakcie leczenia hipotensyjnego. Współautorami pracy byli Ewa Bar – Andziak, Wiesław Grzesiuk i Bożenna Dubno. W następnym roku współpracowałam z Anią Doboszyńską i jej asystentkami. Nina Jabłońska i Gizela Kochanowska – Kałuża również otrzymały travel granty dla młodych badaczy dzięki którym mogły uczestniczyć w kongresie w Paryżu. Zaprosiły swoich mężów i w piątkę biegaliśmy po przestronnych salach centrum kongresowego oraz paryskich bulwarach. Podziwiałam moje młode koleżanki, gdy stremowane dyskutowały przy plakatach lub zręcznie prowadziły samochód po zatłoczonych ulicach Paryża. Uświadomiłam jak inne są to czasy od mojej młodości. Barwa każdej młodości jest ładna, może w naszej było więcej szarości.

Miło jest być młodym i zdolnym, ale jeszcze sympatyczniej jest być starym i zdolnym. Wierzę w to, a także wiem.

[1] Przywołana w pewnym słynnym dziele teoria, że dla dobra wiary i spraw wyższych można kolaborowć zewnętrznie nawet z diabłem lub niewiernym, ale wewnątrz powtarzać sobie słowa pociechy, że niczego złego się nie czyni.

[2] W znaczeniu: w strzykawce, lek nierozcieńczony w odróżnieniu od leku podawanego na podtrzymanie efektu leczniczego w postaci kroplówki.

[3] Przez kilka lat odbywali u nas praktyki wakacyjne nas studenci z Akademii Medycznej w Erewaniu. Etykieta nakazywała na odpowiednio wysokim szczeblu władzy powitać studentów z bratniego kraju i pokazać im klinikę. Studenci słuchali powitalnego wystąpienia z uprzejmymi minami i nie drgnął im ani jeden mięsień na twarzy gdy padły słynne słowa: „a eto nasz. a eto nasz. bichemical department.” Podobną mieszanką rosyjsko-angielską posługiwałam się sama podczas pobytu w Budapeszcie. Z moim gospodarzem Lajosem rozmawiałam po rosyjsku, jednak gdy była potrzeba użycia terminu fachowego używaliśmy określeń angielskich. Może więc powinnam powiedzieć: nie śmiej się dziadku z cudzego przypadku. Jeszcze śmieszniej był tylko w Nowosybirsku. VIP domniemujący, że zna rosyjski oświadczył: „Owoszczi naszgo sotrudniczestwa”, sądząc, że mówi „owoce naszej współpracy”, w istocie powiedział „warzywa naszej współpracy”. Podziwiam Rosjan, że potrafią cierpliwie słuchać tej odmiany języka rosyjskiego.

[4] Po napisaniu tekstu dowiedziałam się, że jednak brano pod uwagę pozapłucne drogi pozyskania prostaglandyn.

[5] Knypl K. i wsp.: Wpływ palenia papierosów na ciśnienie tętnicze i wybrane wskaźniki humoralne u osób zdrowych i chorych z nadciśnieniem tętniczym pierwotnym: PTL 1986,41,920.

posted by krystyna knypl @ 1:28 AM

satyrlane.soup.io website review

Improve your SEO :: free trial!

Most important optimization pointers for satyrlane.soup.io

This is a prioritized list for satyrlane.soup.io of the issues, ordered ascending, and starting with the biggest quick wins for your website. The biggest quick win is the opportunity that requires the least effort to implement compared to the optimization payoff in effect.

Improve the link descriptions

Improve the length of the meta description

Combine all CSS files

View all 114 tips for satyrlane.soup.io

satyrlane.soup.io is 59 % geoptimaliseerd!

SEO Keyword summary for satyrlane.soup.io

Keywords are extracted from the main content of your website and are the primary indicator of the words this page could rank for. By frequenty count we expect your focus keyword to be from

Focus keyword

Short and long tail

satyrlane.soup.io On-Page SEO Scan

Descriptive Elements

The element of a satyrlane.soup.io page is used to inform the browser and visitors of the page about the general meta information. The head section of the page is where we place the page title, the definition of the HTML version used, the language of in which the page is written. In the head section we can also include JavaScript and CSS (markup) files for the page.

Page title

Title length

Meta description

Meta description legth

Meta description SEO

Content SEO

Number of Words

Spam detected?

Heading distribution

Heading normalisation

Heading SEO impact

Emphasis (bold and italic)

Emphasis SEO impact

Number of images

Images dimensions

Image alt descriptions

Images SEO impact

tumblelog soupio satyrlane tomboys hogwarts alanrickman cigarettes ladies thelordoftherings tomfelton gameofthrones fantasyart cats anime supernatural motorcycles sherlock lesbian makinglove dobradupa mikkelsen blackandwhite longhairedmen zdzislawbeksinski bisexual hiddles tatuaze gentlemans fivebees gracey lamprophony fuckblack pesymista echoesfromonetoanother centrumchujozy ceseline hissyfit rattyness seaweed dagarhen gdziejestola beawesometoday smutekipapierosy insanedreamer dbd justadream nazwazdupy gifer intoblack pieprzycto heylola lokrund koskoss santhe atramentovva aae ladyoftheflowers missmurder meem ace etnigos nacpanaa nyaako sucznik quantcast schweinderl

Mobile SEO satyrlane.soup.io

Mobile rendering

Mobile optimizations

Alternate mobile site detected

No flash detected !

Mobile improvement

Marketing / lead generation for satyrlane.soup.io

Social Media

Conversion form

Search form

Online presence

SERP Preview

SERP Title

SERP Description

Domain Level SEO

Domain name

17 characters long

Domain name SEO Impact

Structured data

Publisher Markup

Other Structured data

Website configuration

Correct processing of non-existing pages?

Favicon icon found?

Robots.txt found?

Sitemap found?

Navigation and internal links

Navigation

Url seperator

Human readable urls

Number of links

Link SEO Impact

Links to external pages

Outloing links

SEO Advice for satyrlane.soup.io

In this section we provide pointers on how you can to optimize your web page so it can be found more easily by search engines and how to make it rank higher by optimizing the content of the page itself. For each of the individual criteria the maximum score is 100%. A score below 70% is considered to be indication that the page is not complying with general SEO standards and should be evaluated and/or fixed. Not every factor is weighted the same and some are not as important as others. Relatively unimportant factors like meta keywords are not included in the overall score.

How would you like to have SEO advice for all your pages ?? Start your SEO Dashboard and optimize your website!

satyrlane.soup.io images and descriptions

81 images found at satyrlane.soup.io Images can improve the user experience for a website by making a pag visually appealing Images can also add extra keyword relevance to a webpage by using alt tags. Images can also slow down a website. If the width and height for a picture is not specified for a browser know in advance how large the image is. A browser must first load the picture and see before it knows how much space should be on the page. Upon reservation In the meantime, the browser can do little but wait. When the height and width for the plate are given in the HTML code, a browser just continues to build for a page while the images load in the background.

height: height attribute not set width: width attribute not set description: tumblelog by soup.io

height: height attribute not set width: width attribute not set description: no alt description found

height: 48 width: 48 description: satyrlane

height: 24 width: 24 description: tomboys

height: 24 width: 24 description: hogwarts

height: 24 width: 24 description: alanrickman

height: 24 width: 24 description: cigarettes

height: 24 width: 24 description: ladies

height: 24 width: 24 description: the-lord-of-the-rings

height: 24 width: 24 description: tomfelton

height: 24 width: 24 description: gameofthrones

height: 24 width: 24 description: fantasyart

height: 24 width: 24 description: cats

height: 24 width: 24 description: supernatural

height: 24 width: 24 description: motorcycles

height: 24 width: 24 description: sherlock

height: 24 width: 24 description: lesbian

height: 24 width: 24 description: making-love

height: 24 width: 24 description: dobradupa

height: 24 width: 24 description: mikkelsen

height: 24 width: 24 description: blackandwhite

height: 24 width: 24 description: long-haired-men

height: 24 width: 24 description: zdzislaw-beksinski

height: 24 width: 24 description: bisexual

height: 24 width: 24 description: hiddles

height: 24 width: 24 description: tatuaze

height: 24 width: 24 description: gentlemans

height: 24 width: 24 description: gracey

height: 24 width: 24 description: lamprophony

height: 24 width: 24 description: fuckblack

height: 24 width: 24 description: pesymista

height: 24 width: 24 description: echoesfromonetoanother

height: 24 width: 24 description: centrumchujozy

height: 24 width: 24 description: ceseline

height: 32 width: 32 description: satyrlane

height: 375 width: 500 description: 3321 b4fa 500

height: 16 width: 16 description: hissyfit

height: 16 width: 16 description: rattyness

height: 570 width: 500 description: 7118 2248 500

height: 16 width: 16 description: seaweed

height: 16 width: 16 description: dagarhen

height: 500 width: 500 description: 7100 db2e 500

height: 16 width: 16 description: gdziejestola

height: 670 width: 400 description: 9407 66d2

height: 16 width: 16 description: be-awesome-today

height: 16 width: 16 description: smutekipapierosy

height: 16 width: 16 description: no alt description found

height: 685 width: 500 description: 0356 e602 500

height: 16 width: 16 description: insanedreamer

height: 749 width: 500 description: 0011 dbd7 500

height: 16 width: 16 description: justadream

height: 16 width: 16 description: nazwazdupy

height: 460 width: 380 description: 8410 2eb1

height: 16 width: 16 description: gifer

height: 450 width: 500 description: 1668 e769 500

height: 16 width: 16 description: into-black

height: 16 width: 16 description: pieprzycto

height: 500 width: 500 description: 2017 c0b0 500

height: 16 width: 16 description: heylola2

height: 489 width: 500 description: 2195 6f98 500

height: 16 width: 16 description: lokrund2015

height: 16 width: 16 description: koskoss

height: 500 width: 500 description: 7783 db30 500

height: 16 width: 16 description: santhe

height: 16 width: 16 description: atramentovva

height: 500 width: 500 description: 1448 4aae 500

height: 16 width: 16 description: lady-of-theflowers

height: 16 width: 16 description: missmurder

height: 500 width: 500 description: 2864 f93d 500

height: 16 width: 16 description: meem

height: 714 width: 500 description: 3724 ace7 500

height: 16 width: 16 description: 4777727772

height: 370 width: 500 description: 7129 3560

height: 16 width: 16 description: etnigos

height: 16 width: 16 description: nacpanaa

height: 16 width: 16 description: nyaako

height: 1920 width: 453 description: 3146 4e14

height: 16 width: 16 description: sucznik

height: 263 width: 411 description: 4846 a970

height: 1 width: 1 description: quantcast

height: height attribute not set width: width attribute not set description: schweinderl

How are images contributing ro your SEO site-wise ? At your SEO Dashboard we have the awnsers!

„Maanam, Perfect to był zupełnie inny rodzaj muzyki”

Rozmowa z Markiem Kruszewskim, szefem Domu Kultury w Strzelnie w latach 1981-1983.

W kronice Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury i Rekreacji w Strzelnie znalazłem informację, że 13 maja 1984 roku w strzelneńskim dawnym Kinie Kujawianka odbył się I Przegląd zespołów rockowych. Na jednym ze zdjęć wśród publiczności jest pan. Pamięta pan te koncerty?

W 1984 roku już nie pracowałem w Domu Kultury.

Tych imprez było wiele, ale ta impreza akurat była pierwszą, którą organizował nasz Dom Kultury. Poprzednie imprezy typu takich przeglądów organizowało Nakło, organizowało Mogilno, Gniewkowo, Tuchola. Pamiętam, bo jeszcze wtedy jeździłem z zespołem. A ta chyba była pierwszą, która odbyła się tu u nas w Strzelnie.

Był pan szefem Domu Kultury w Strzelnie w latach 1981-1983.

Zostałem szefem Domu Kultury po pani Lidce Kozłowskiej. Wtedy naczelnikiem gminy Strzelno był pan Iwiński. Gdy pani Kozłowska odchodziła na emeryturę, zgłosiłem swoją kandydaturę i zostałem przyjęty. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że zostałem dyrektorem „Kultury” z dniem 15 grudnia 1981 roku, a 13 grudnia wprowadzono stan wojenny. W sumie to pierwsze moje dwa, trzy miesiące „dyrektorowania” polegały na tym, że siedziałem w domu i odbierałem pensję [śmiech]. Taka była prawda. Wszystko było pozamykane. Ja – co prawda – przejąłem wszystko na stan, bo to zdążyłem, ale nie miałem prawa do niczego wejść.

Pierwsze nasze spotkanie z młodzieżą w Domu Kultury odbyło się gdzieś na przełomie miesiąca marca i kwietnia, może maja 1982 roku. Na tym spotkaniu obecny był komisarz wojskowy i nasz I sekretarz partii pan Beśka. Witając gości najpierw powitałem komisarza wojskowego, a później I sekretarza, za co przez sekretarza zostałem opierdolony, ponieważ partia była najważniejsza i należało najpierw powitać pana Beśkę.

„I przegląd zespołów rockowych. 13 maja 1984” w strzelneńskim Kinie Kujawianka (fot. ze zbiorów Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury i Rekreacji w Strzelnie)

Czyli pan został szefem Domu Kultury w Strzelnie dwa dni po wprowadzeniu stanu wojennego?

Wiedziałem o tym wcześniej, ale dwa dni po wprowadzeniu stanu wojennego oficjalnie zostałem szefem Domu Kultury [śmiech]. Wtedy jeszcze kierownikiem, dopiero później zostało to przemianowane i z kierownika zrobił się dyrektor.

W pierwszej połowie 1982 roku mieliście spotkanie i od tego momentu Dom Kultury zaczął normalnie działać?

To niezupełnie było tak. Dom Kultury praktycznie z tego marazmu zaczął wychodzić w końcowym okresie dyrekcji pani Kozłowskiej. Wtedy nie wiem skąd – z funduszy centralnych czy wojewódzkich znalazły się pieniądze na zakup sprzętu, mebli i na malowanie. W 1981 roku odmalowano Dom Kultury, zakupiono sprzęt muzyczny i to na owe czasy dobry sprzęt – organy B2, czyli dwuklawiaturowe, zestaw perkusyjny, zestaw nagłaśniający Eltron 100, Eltron 60. W ogóle to był duży zakup. I wtedy zawiązał się pierwszy zespół muzyczny przy Domu Kultury. Po długim okresie marazmu, kiedy rzeczywiście nie było ani z kim, ani na czym. Może z kim by było, ale na czym – nie. Ten zespół powstał na bazie takich – powiedzmy – entuzjastów, do których należał Krzysztof Kotecki, bracia Adamscy – Ewuch i Mariusz, Mirek Głowicki grał na perkusji. I tak to się zaczęło.

Do Domu Kultury przyszedłem po odejściu pani Kozłowskiej na emeryturę. Jednocześnie Krzysztof Kotecki poszedł do wojska. I nastąpiła zmiana w składzie zespołu. Jedni odeszli, drudzy przyszli. Mirek Głowicki się gdzieś wyprowadził, bracia Adamscy… Jakoś nam nie było po drodze. Wtedy zacząłem tworzyć ten zespół na nowo. Moim pierwszym partnerem, z którym zacząłem był Janusz Stube, później doszedł Wojtek Konieczny na gitarze. Krzycha nie było, szukaliśmy kogoś na organy, na perkusję. Na organy przyszedł Waldek Błaszak, na perkusji przez jakiś czas grał mój kolega z liceum Sylwek Nierybiński. Później to się tak tasowało. Trudno mi w tej chwili wymienić wszystkich, po prostu były takie przetasowania. Ale od tego czasu zaczęło się jakieś tworzyć to życie muzyczne.

To się działo w czasach, kiedy pan już był szefem Domu Kultury?

To był koniec lat siedemdziesiątych… raczej początek lat osiemdziesiątych. Trudno to w tej chwili umiejscowić w czasie dokładnie – kto, kiedy.

Z tego okresu takie znaczące znane mi przedsięwzięcie kulturalne to obchody 750-lecia miasta Strzelna w połowie 1982 roku.

Właśnie byłem dyrektorem w tym okresie. Wiązało się to nie tylko ze sprawami muzycznymi, bo tam było wiele, wiele innych imprez. Gdzieś mam zachowane wycinki z prasy, kiedy podobno jeden ze statków Polskiej Żeglugi Morskiej miał być nazwany Strzelno.

Wypadło mi to akurat w takim nieszczęśliwym okresie, że w pierwszej części tych obchodów byłem na wycieczce w Bułgarii. Po prostu miałem to załatwione wcześniej i tak wyszło. A wiadomo jak w tamtych czasach było trudno w ogóle zagraniczną wycieczkę załatwić. W tym czasie moje obowiązki przejął Krzysztof Kotecki.

Fragment artykułu prasowego z 1982 roku. Budowa statku była zaplanowana na lata 1984-1985 (ze zbiorów Marka Kruszewskiego)

Jak od strony muzycznej wyglądały te obchody 750-lecia? W kontekście muzyki, która mnie najbardziej interesuje, czyli około-rockowej…

Trudno to określić. Ten zespół istniał, ten zespół grał – obsługiwaliśmy te obchody na zasadzie imprez takich typowo zabawowych, powiedzmy dyskoteki, nie-dyskoteki, tego typu rzeczy. Nie zorganizowaliśmy w tym czasie – o ile dobrze pamiętam – żadnego przeglądu muzycznego. Bardziej to się skupiało na takim rysie historycznym. Trudno może mi słowa znaleźć w tej chwili, ale bardziej to były takie spotkania typu…

Tak, okolicznościowego. Plus zespół Klubu Seniora, który wtedy jeszcze był prowadzony przez panią Kozłowską. Gdy ona odeszła, zajmowało się tym wiele osób, ale dopiero później pan Ildefons Basiński to wyprowadził na prostą. Ne pamiętam nazwisk wszystkich osób, które tam występowały. Była pani Klimczak, był Basiński… wiele osób, które robiły dobrą robotę na tym polu.

A ten zespół w Domu Kultury jaki rodzaj muzyki grał? Tworzyliście utwory własne?

Na te uroczystości związane z 750 rocznicą powstania Strzelna została stworzona piosenka, której słowa napisała pani… była więźniarka Oświęcimia…

Tak. Nie pamiętam już całej tej piosenki: Strzelno – kujawski zakątek / Strzelno – starych dziejów wątek… coś takiego. Muzykę do tego napisał Krzysztof Kotecki. Powiem inaczej. My próbowaliśmy napisać swoją, ale nam to nie wyszło i od chyba pana Iwińskiego otrzymaliśmy słowa. I do tego Krzychu napisał muzykę. Był to taki hymn obchodów [śmiech]. Zresztą dobrze przyjęty przez mieszkańców.

I pewnie został wykonany w nieistniejącym już, tak zwanym amfiteatrze w strzelneńskim Parku 750-lecia?

Amfiteatr to było jedno wielkie nieporozumienie [śmiech]. Po prostu proponowano budowę amfiteatru w Parku Klasztornym, bo wtedy zabrano się za jakieś takie – powiedzmy – ucywilizowanie tego parku [śmiech]. Projekt amfiteatru stworzył pan Marian Białek. Niestety, moim zdaniem to była jedna wielka stodoła. Nie obrażając pana Białka, bo robił być może to, na co mu pozwalały finanse. Do tego amfiteatru dołożono mnóstwo pracy społecznej. Nawet z dzieciakami, które przychodziły do Domu Kultury kopaliśmy fundamenty pod to koło całe, na którym był ten niby grzybek.

Tam odbywało się gros koncertów, ale moim zdaniem to był jeden wielki niewypał, choć pomysł stworzenia takiego miejsca w założeniu nie był zły.

Pracował pan w Domu Kultury jeszcze przed grudniem 1981 roku?

Czy pracowałem? Nazwijmy to: udzielałem się. Po odejściu Krzysztofa do wojska jakoś tak na jesieni 1981, zacząłem się udzielać w tym Domu Kultury. Trudno powiedzieć: udzielać się [śmiech]. Człowiek przychodził, słuchał, siedział tam. Spędzał tam czas. Miałem parę takich pomysłów, żeby to zrobić i tamto zrobić. Zostało to przyjęte. Później pani Kozłowska poparła mnie na stanowisko kierownika wtedy jeszcze Domu Kultury.

Lata, w których kierował pan Domem Kultury przypadły na stan wojenny. Jak wyglądała działalność statutowa „Kultury” w tym trudnym okresie?

Nazwijmy to tak: nikt nam oficjalnie tego nie blokował, były różne formy aktywności, na przykład fotografika, ale ze wszystkiego się trzeba było „spowiadać”. Oficjalnie można było robić dyskoteki. Wtedy w działalność Domu Kultury zaangażowało się wielu moich kolegów, między innymi mogę wymienić mojego brata, Jacka, Andrzeja Witczaka, który był czasami taką „duszą” dyskotek, prowadził koło fotograficzne – miał ciągle jakieś fajne pomysły i ciągle czymś tam zaskakiwał. Mariusz Smykowski. Wiele dziewczyn: Ola Szczygielska, obecnie Baranowska, Ewa Kasprzyk. Było wiele i dziewczyn, i chłopaków, którzy tym po prostu żyli, tworzyli codzienność. Gdy już byłem tym kierownikiem Domu Kultury, z czasem dyrektorem – chyba po roku nastąpiło przemianowanie Domu Kultury na Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury i w związku z tym powstała funkcja dyrektora; dla mnie to nie miało żadnej różnicy, bo to była tylko nazwa – praktycznie co wieczór było gros zajęć, spotkań. Spotykaliśmy się, posiedzieliśmy, pogadaliśmy. Przyszli chłopaki – trochę pograliśmy. To było takie na luzie.

Amfiteatr w parku 750-lecia w Strzelnie – początek stycznia 2013 roku (fot. erbe)

A sprzęt kupiony pod koniec kadencji pani Kozłowskiej ciągle był w Domu Kultury?

Pod koniec mojej kadencji, po dość długim staraniu udało się uzyskać z Wojewódzkiego Domu Kultury dość dużą dotację. Tę zasługę mogę przypisać sobie. Nie wiem jak to było dalej załatwione… A! Bo tu trzeba jeszcze zaznaczyć jedną rzecz. Cały czas Dom Kultury Strzelno podlegał pod Dom Kultury Mogilno, pod panią Krause – ona była tam dyrektorem. Później nastąpiła jakaś taka reorganizacja, że to się „urwało”.

Otrzymaliśmy przeszło dwieście tysięcy złotych. Na owe czasy była to kupa forsy. Za te pieniądze kupiliśmy nowe organy Vermona – niemieckie, „DeDeeRowskie”, ale to już była klasa. I nowy sprzęt nagłaśniający – też Vermona. Później kupiliśmy, ale to już była duża walka [śmiech], żeby kupić coś z komisu, bo – niestety – to były takie czasy kiedy był sprzęt, ale nie szło dostać rachunku. Jechałeś: Owszem, proszę bardzo, ale rachunku panu nie wystawimy. Po długich staraniach udało nam się kupić zachodnie piano – Crumara. To było takie elektryczne pianino, ale dobra „bajka”. Udało nam się kupić mikser Vermona, ale do końca chyba się nie nauczyliśmy go obsługiwać [śmiech].

Kto korzystał z tego sprzętu?

Częściowo był wykorzystywany na to, żeby zachęcić tych ludzi, którzy grali przy Domu Kultury. Zresztą sam też w tym uczestniczyłem. Jeździliśmy na chałtury – graliśmy na weselach, na zabawy. Ci ludzie w zamian za to obsługiwali wszelkiego rodzaju imprezy, które w dziewięćdziesięciu procentach były zlecane przez władze partyjne i gminne. Jeszcze płacili. Oficjalnie to się nazywało „wypożyczeniem sprzętu”. Sprzęt był również wykorzystywany na dyskotekach oraz do nagłaśniania zebrań, spotkań, konferencji i tym podobnych.

Do którego miesiąca 1983 roku szefował pan Domowi Kultury?

Do końca sierpnia albo do końca września.

Jakie w latach 1982-1983 były sztandarowe imprezy, organizowane przez Dom Kultury? I czy naprawdę wówczas nie musieliście się zmagać z cenzurą prewencyjną?

Cenzura prewencyjna? Być może nie, ale były odgórne założenia co ma być: w dniach tych i tych organizowane są Dni Strzelna czy coś takiego, macie zrobić to czy tamto, i – przede wszystkim – ułożyć program, zaprosić gości; później przedstawić nam, co my zaakceptujemy. Z tym, że człowiek wiedział co może, a czego nie może. Wiadomo, że nie bawiliśmy się w jakieś skrajne przypadki – organizacja manifestacji czy coś takiego [śmiech]. Chociaż rok 1981 był rokiem bardzo trudnym, bo był to okres wzmożonego działania Solidarności, która próbowała zabrać wiele przywilejów władzy i sama dyktować, co mamy robić.

Oczywiście były „żelazne” imprezy typu 1 Maja, 22 Lipca, które musiały się udać.

W którym roku były pierwsze Dni Strzelna? Bo obchody 750-lecia…

To był właściwie początek organizowania Dni Strzelna. Później nastąpiły przetasowania władzy. Ale to były takie przetargi, walka o władzę i kupa śmiechu w sumie z tego. Przez intrygi I sekretarza, pana Beśki, Iwiński został usunięty ze stanowiska. Pan Beśka liczył na to, że zostanie naczelnikiem, ale mu się nie udało. Gdy przedstawiciel Wojewódzkiego Komitetu Partii przyjechał na konferencję sprawozdawczo-wyborczą, kiedy pan Beśka był przywieziony w teczce, II sekretarz, pan Wegner wstał, powiedział wyraźnie o sprzedawaniu ciągników za kasę i innych przekrętach, bo taka była prawda. Wtedy „poleciał” pan Beśka i nagle zrobiła się wielka luka, nie wiadomo było kogo wybrać na I sekretarza. Ktoś tam zaproponował pana Świdowskiego, a on nie był w ogóle na liście delegatów, więc szybko wciągano go na listę delegatów i zrobiono I sekretarzem.

W 1982 roku były Dni Strzelna?

Była to impreza być może nie zwana jeszcze jako Dni Strzelna, po prostu rekreacyjna. Zorganizowaliśmy wtedy jakieś pokazy karate, jakieś tańce, występy folklorystyczne. Oczywiście wykorzystano szkoły, a wszystko kończyła zabawa, na której grał zespół.

Próbowałem jeszcze wtedy nawiązać współpracę z innymi domami kultury, szczególnie z Domem Kultury w Jeziorach Wielkich. Tam dyrektorem był mój dobry kolega Irek Woźniecki.

Jak to wyglądało w roku następnym?

Wiem, że były takie imprezy organizowane w każdy czerwiec, ale jak one się zwały… Nie potrafię powiedzieć. Po prostu nie pamiętam. Ale chyba już wtedy zaczęto używać nazwy Dni Strzelna.

A co z repertuarem zespołu, który istniał przy Domu Kultury? Lata 1982 – 1983 w Polsce to czas Maanamu, Perfectu.

Maanam, Perfect to był zupełnie inny rodzaj muzyki. Te nasze zespoły bazowały raczej na Beatlesach, Czerwonych Gitarach, Niebiesko-Czarnych – na muzyce lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych [śmiech]. Próbowaliśmy grać muzykę Lady Pank, Perfectu, ale były to sporadyczne wypadki.

Nie przychodzili do was młodzi ludzie?

Wiele tych osób się przewinęło. Ten zespół się tak ustabilizował, taki stały skład stworzył, kiedy z wojska wrócił Krzysztof. Na gitarze grał Wojtek Konieczny, ja grałem na basie, Janusz Stube na prowadzącej, a Antek Parada grał na perkusji. Czasami na saksofonie grał z nami Janusz Pękała. Grali również Waldek Błaszak, bracia Zbyszek i Zdzisław Koteccy. Później, gdy już odszedłem, na bas przyszedł Zenek Szalaty z Kwieciszewa, czy z Goryszewa – gdzieś z tych okolic. On później tragicznie zginął w wypadku.

Nie zdarzyło się, że przyszła grupa piętnasto-, szesnastolatków z zamiarem grania swojej muzyki?

Nie, tego nie było. A nawet jeśli było to – w sumie – był to słomiany zapał. Wydaje mi się jednak, że ci co przyszli, liczyli na to, że szybko zostaną „gwiazdami”, a to przecież nie jest takie proste.

A gdyby przyszli to by mogli?

Tak, dla nikogo drzwi nie były zamknięte. Przynajmniej za mnie, bo nie wiem jak było później.

Po kilku latach wrócił pan do pracy w Domu Kultury.

Odszedłem z Domu Kultury w 1983 roku. Wtedy podjąłem pracę – ale to była bardzo krótka praca w moim zawodzie – w PBRol Mogilno. Później otrzymałem propozycję pracy etatowej w Związku Harcerstwa Polskiego. To był rok 1984. W 1986 roku wróciłem, ponieważ ówczesny instruktor Irek Jackowski, został powołany do wojska i ówczesny naczelnik gminy, pan Panfil wyraził zgodę, żebym przyszedł ponownie do pracy, do Domu Kultury. Jako instruktor pracowałem tam dwa lata. To był ten okres, kiedy Dom Kultury przenosił się z Rynku do Kina. Wtedy nastąpiła zmiana dyrektora – został nim pan Kwiatkowski. Ja po odejściu z pracy wygrałem konkurs na dyrektora Domu Kultury w Pakości.

Dodajmy: z Rynku, czyli z miejsca, w którym dzisiaj mieści się Miejska Biblioteka Publiczna.

Tak, stamtąd Dom Kultury przenosił się do Kina. Większość mojego czasu pracy to był remont Kina – malowanie i wszystko z tym związane.

W Kinie zaczęliśmy organizować więcej imprez.

Wcześniej też wykorzystywaliście salę kinową. Wspomniany na początku naszej rozmowy I Przegląd muzyki rockowej odbył się w Kujawiance.

Wykorzystywaliśmy, ale na większe i za zgodą gminy. Tym bardziej, że sprawy związane z wykorzystywaniem Kina były związane z tym, że władze gminne musiały załatwiać zezwolenie, żeby w Kinie te imprezy mogły się odbywać, ponieważ to podlegało pod „Kinematografię”. Dopiero chyba w 1987 roku „Kinematografia” zaczęła się pozbywać kin. I wtedy my jako Dom Kultury przejęliśmy Kino. Otrzymaliśmy dodatkowe etaty – na operatorów, na biletera, na kasjera. W sumie łączyliśmy to na zasadzie takiej, że było pół etatu bileter, pół etatu instruktor. Po prostu jak się dało.

Wtedy imprezy zaczęły odbywać się w Kinie. To był czas imprez, które organizowaliśmy mając już scenę, mając widownię, mając możliwości. Oprócz projekcji kinowych odbywały się projekcje video, bo wtedy to było jeszcze taką nowością, odbywały się dyskoteki.

W temacie: muzyka rockowa, w latach 1986-1988 coś się zmieniło?

Zespoły istniały te same. Ja na jakiś okres czasu wróciłem do zespołu, być może przez to, że tam podjąłem pracę.

Odbywały się właśnie wtedy przeglądy muzyczne, odbywały się różnego rodzaju spotkania, imprezy. Trudno mi w tej chwili precyzować, jakie to były spotkania, kto grał, ale wiem, że na tych przeglądach występowały zespoły z Gniewkowa, występowały zespoły z Mogilna, z Trzemeszna. My również graliśmy w Jeziorach Wielkich, Gniewkowie oraz organizowaliśmy – przez dwa sezony – dyskoteki i zabawy w Przyjezierzu, na których grał zespół.

Niezmiennie z The Beatles w repertuarze?

… To była taka mieszanka. Trudno mi to sprecyzować, czy to była muzyka taka czy inna. Raczej to była mieszanka. Było… no jeszcze nie disco polo, ale takie a’ la disco polo [śmiech], była muzyka rockowa, była muzyka… różna, nazwijmy to ogólnie. Czasami próbowaliśmy własnych kompozycji, ale raczej bez sukcesów.

A co z publicznością? Taka impreza była organizowana na zasadzie, że szkoła przychodziła…

Nie, nie, nie! Nigdy nie robiliśmy – że się tak wyrażę – spędów. Była to muzyka dla wszystkich i przychodzili wszyscy. Duża część społeczeństwa, dużo młodzieży przychodziło, która bawiła się, kiedy jeszcze były krzesła na sali kinowej w bocznych przejściach się bawiła. To było takie „na żywioł”. I było bardzo fajne.

Korzystaliśmy również z propozycji Estrady. Wtedy miałem okazję poznać wiele znanych osób, jak chociażby złotego medalistę z Monachium Władysława Komara, Kalinę Jędrusik, Bolesława Gromnickiego, Jacka Krawczyka. Bardzo miło wspominam te spotkania. Cieszyły się one dużą popularnością.

Tak na zakończenie opowiem o jeszcze jednym epizodzie muzycznym w mojej „przygodzie z muzyką”. W 1980 roku, gdy Dom Kultury miał swój zespół – Krzysztof Kotecki, bracia Adamscy – my, to znaczy Janusz Stube, Sylwek Nierybiński i ja szukaliśmy możliwości, by – że tak powiem – wyżyć się muzycznie. Podjęliśmy współpracę z panem Władysławem Reinholzem, który był opiekunem świetlicy przy PSS Społem.

Świetlica dysponowała odpowiednim sprzętem – nagłośnienie, gitary, perkusja, organy. Po krótkim czasie zawiązał się zespół. My plus Mieczysław Waszak na organach. Z czasem dołączył jeszcze Wojtek Konieczny na gitarze prowadzącej oraz solistka Magda Koszal. Jedyna większa impreza, jaką zaliczyliśmy to Wojewódzka Spartakiada PSS Społem w Tucholi. Była to impreza sportowo-rekreacyjna, trwała trzy dni – kilka występów, w tym na rynku w Tucholi oraz co wieczór zabawa taneczna.

Było miło, ale – niestety – zespół po niecałym roku rozpadł się z przyczyn, o których nie chcę mówić.


10:42 pm Updated by

Fat Burning Soups For Weight Loss. A simple 3-step plan to lose weight fast, along with numerous effective weight loss tips. If only losing weight was as easy as gaining it, right? While there are plenty of advertised ways to shed some pounds, there are only a handful of methods that actually work.

Name:
Email*:
The message text*:

About

From low-carb diet, hi-protein diet, low fat diet and eating small meals 5-6 times a day diet, Fat Burning Soup Recipes is the only diet where I lost weight and most importantly kept it off!

Fat Burning Soups For Weight Loss

No massive shift in what you eat (you can still eat the same foods you do now).

No need to exercise or working out.

No silly dietary restrictions to follow.

No starving yourself and feeling miserable.

And just picture the envious glances you’d enjoy from the opposite sex and the astonishment of your friends because you’ve lost a total of 55 pounds.

Too good to be true?

That’s what Emily Sanders of Bristol in the UK though – until she actually achieved it.

Just look at her amazing transformation …

Get in Touch